Pamiętam, jak pierwszy raz próbowała uciec.
Z początku nic nie wzbudziło mojego niepokoju. Odmówiła jedzenia, picie ruszała o wiele rzadziej niż było to niezbędne. Chciała dobitnie mi pokazać jak bardzo jej nie zależy, chciała mnie ukarać, bo też widziała jak cierpię, nie przemyślała tylko, że swoim buntem staje się zbyt słaba do dalszego stawiania oporu. Nikła w oczach, zaś moje wszelkie próby przemówienia jej do rozsądku nie zdawały egzaminu.
-Jeanne, musisz jeść - tłumaczyłem jakby była małym dzieckiem i jeszcze nie do końca rozumiała reguły otaczającego ją świata.
-Nie mów tak do mnie.
Poderwała się z ziemi, a ten gwałtowny ruch pozbawił ją prawie całej energii. Zachwiała się, odrzuciła moje pomocne ramiona i spojrzała na mnie z taką nienawiścią, że mimowolnie zrobiłem krok w tył.
-Nie masz prawa. -Gardło miała zachrypnięte z przesuszenia, ale głos pozostawał mocny. - Zamiast tuczyć mnie jak świnię na rzeź, po prostu to skończ.
-Jeanne... dobrze wiesz, że nie taki był plan. To wszystko miało potoczyć się zupełnie inaczej. Ty miałaś...
-Miałam co? Dziękować ci? Miałam być wdzięczna za zrujnowanie mi życia?!
Przymknęła swoje błękitne oczy. Wyglądała jak w transie, głowa lekko odchylona kołysała się łagodnie na boki, z twarzy odeszły wszelkie emocje. Była tak piękna i przerażająca zarazem. Chciałem ją dotknąć, sprawdzić czy jest tak samo nierzeczywista jak się wydaje, ale w tym samym momencie, jakby wyczuła co chcę zrobić, otworzyła oczy i zaniosła się histerycznym śmiechem. Śmiała się i śmiała, nie chcąc przestać.
-Tak bardzo cię nienawidzę - powiedziała cicho, wciąż nie przestając się śmiać. - Tak cholernie cię kurwa nienawi...
Moja ręka z głuchym plaskiem zderzyła się z jej policzkiem. Nie planowałem tego, przysięgam. W całym swoim życiu nigdy nie uderzyłem dziewczyny. Już będąc dzieciakiem ledwo odrastającym od ziemi, miałem głęboko zakorzeniony w głowie szacunek do przeciwnej płci. Moja matka starannie się o to postarała. I gdy widziała mnie właśnie teraz... chyba pozostawało mi cieszyć się, że już od dawien dawna ten świat nie miał dla niej znaczenia.
-Ja...przepraszam, Jeanne.
Dziewczyna, zbyt słaba by wytrzymać siłę odrzutu, leżała na podłodze, w szoku wciąż ściskając obolały policzek. Usta miała zakrwawione, jakby w chwili uderzenia zbyt mocno przegryzła język bądź wargi. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób. Za życiowy cel obrałem sobie odkrycie prawdy. Dzień i noc pracowałem, by w końcu mieć przed oczami widoczny rezultat. Teraz zaś, ów rezultat leżał u moich stóp, nienawidząc mnie bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Nie rozumiała jak wiele poświęciłem, jak wiele musiałem zrobić dla niej. Ile mnie to kosztowało. I jak bardzo jej cholerne życie zniszczyło moje. Była powodem całego zła jakie się wydarzyło. Winiła mnie, wmawiała mi winę, chciała żebym stał się potworem. Jednocześnie zapominała dlaczego to wszystko miało miejsce. Zapominała, że od samego początku chodziło tylko o nią. Zniszczyła mnie i wiele innych żyć. Nie zasługiwała na moje współczucie.
-Jeśli ty mnie nie zabijesz, ja zabiję ciebie - wysyczała, ocierając wierzchem dłoni brudne usta. - Przysięgam.
-Módl się, żebym wytrwał i dokończył co miałem zrobić. W przeciwnym razie, twoja śmierć będzie długa i bardzo bolesna - ukląkłem przed nią, jedną ręką odgarniając jej włosy z twarzy. W każdej innej sytuacji uciekłaby przed moim dotykiem, lecz teraz jej oczy wyrażały o wiele większe zagubienie niż w chwili uderzenia.
-Co? - szepnęła, w całym swoim harcie ducha zapominając, że w dalszym ciągu znajduje się tylko i wyłącznie na mojej łasce.
-Gdybyś nie była taka głupia, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Dalej jednak można wiele naprawić... zaczniesz jeść, przestaniesz robić z siebie męczennice i z miłą chęcią pomożesz mi wszystko skończyć.
-A jeśli nie?
-To wpierw umrzesz, a później zapakuję twoje gnijące ciało i w dalszym ciągu dokończę dzieła.
-Jesteś nienormalny - splunęła mi w twarz i jakimś cudem, szybciej niż byłbym w stanie przypuszczać, podniosła się do pionu.
Złapała krzesło oburącz, a potem, drżąc z wysiłku, cisnęła nim we mnie, tak mocno jak tylko potrafiła. Spróchniałe drewno roztrzaskało się na moich plecach, zaś drobne drzazgi powbijały się w nagą skórę rąk i szyi. Krzyknąłem bardziej z zaskoczenia niż bólu. W żadnym scenariuszu, a zapewniam, że było ich wiele, nie przypuszczałem, że Jeanne będzie do tego zdolna.
-Ty mała suko! - wstałem akurat w momencie, by obserwować jak nieudolnie szarpie się z drzwiami. W całym swoim wielkim planie zapomniała, że przekręcałem zamek ilekroć przekraczałem próg, zaś klucze zawsze miałem przy sobie.
Po spięciu jej ciała, widziałem, że też już to sobie uzmysłowiła. Nadal jednak próbowała, zbyt uparta, by od tak po prostu dać za wygraną. Tylko te głupie, zamknięte drzwi dzieliły ją od upragnionej wolności. Tylko te kilka centymetrów drewna dzieliło ją od ucieczki ode mnie. Ostatni raz chwyciła klamkę, po czym wybuchła płaczem. Podszedłem do niej. Pomogłem pozostać w pionie, gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Przytuliłem. Pogłaskałem po plecach. Nie zrobiła nic by mnie odepchnąć.
-Wszystko będzie dobrze - zapewniłem głosem pełnym współczucia. - Jakoś damy sobie radę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz