Pamiętam, jak pierwszy raz próbowała uciec.
Z początku nic nie wzbudziło mojego niepokoju. Odmówiła jedzenia, picie ruszała o wiele rzadziej niż było to niezbędne. Chciała dobitnie mi pokazać jak bardzo jej nie zależy, chciała mnie ukarać, bo też widziała jak cierpię, nie przemyślała tylko, że swoim buntem staje się zbyt słaba do dalszego stawiania oporu. Nikła w oczach, zaś moje wszelkie próby przemówienia jej do rozsądku nie zdawały egzaminu.
-Jeanne, musisz jeść - tłumaczyłem jakby była małym dzieckiem i jeszcze nie do końca rozumiała reguły otaczającego ją świata.
-Nie mów tak do mnie.
Poderwała się z ziemi, a ten gwałtowny ruch pozbawił ją prawie całej energii. Zachwiała się, odrzuciła moje pomocne ramiona i spojrzała na mnie z taką nienawiścią, że mimowolnie zrobiłem krok w tył.
-Nie masz prawa. -Gardło miała zachrypnięte z przesuszenia, ale głos pozostawał mocny. - Zamiast tuczyć mnie jak świnię na rzeź, po prostu to skończ.
-Jeanne... dobrze wiesz, że nie taki był plan. To wszystko miało potoczyć się zupełnie inaczej. Ty miałaś...
-Miałam co? Dziękować ci? Miałam być wdzięczna za zrujnowanie mi życia?!
Przymknęła swoje błękitne oczy. Wyglądała jak w transie, głowa lekko odchylona kołysała się łagodnie na boki, z twarzy odeszły wszelkie emocje. Była tak piękna i przerażająca zarazem. Chciałem ją dotknąć, sprawdzić czy jest tak samo nierzeczywista jak się wydaje, ale w tym samym momencie, jakby wyczuła co chcę zrobić, otworzyła oczy i zaniosła się histerycznym śmiechem. Śmiała się i śmiała, nie chcąc przestać.
-Tak bardzo cię nienawidzę - powiedziała cicho, wciąż nie przestając się śmiać. - Tak cholernie cię kurwa nienawi...
Moja ręka z głuchym plaskiem zderzyła się z jej policzkiem. Nie planowałem tego, przysięgam. W całym swoim życiu nigdy nie uderzyłem dziewczyny. Już będąc dzieciakiem ledwo odrastającym od ziemi, miałem głęboko zakorzeniony w głowie szacunek do przeciwnej płci. Moja matka starannie się o to postarała. I gdy widziała mnie właśnie teraz... chyba pozostawało mi cieszyć się, że już od dawien dawna ten świat nie miał dla niej znaczenia.
-Ja...przepraszam, Jeanne.
Dziewczyna, zbyt słaba by wytrzymać siłę odrzutu, leżała na podłodze, w szoku wciąż ściskając obolały policzek. Usta miała zakrwawione, jakby w chwili uderzenia zbyt mocno przegryzła język bądź wargi. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób. Za życiowy cel obrałem sobie odkrycie prawdy. Dzień i noc pracowałem, by w końcu mieć przed oczami widoczny rezultat. Teraz zaś, ów rezultat leżał u moich stóp, nienawidząc mnie bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Nie rozumiała jak wiele poświęciłem, jak wiele musiałem zrobić dla niej. Ile mnie to kosztowało. I jak bardzo jej cholerne życie zniszczyło moje. Była powodem całego zła jakie się wydarzyło. Winiła mnie, wmawiała mi winę, chciała żebym stał się potworem. Jednocześnie zapominała dlaczego to wszystko miało miejsce. Zapominała, że od samego początku chodziło tylko o nią. Zniszczyła mnie i wiele innych żyć. Nie zasługiwała na moje współczucie.
-Jeśli ty mnie nie zabijesz, ja zabiję ciebie - wysyczała, ocierając wierzchem dłoni brudne usta. - Przysięgam.
-Módl się, żebym wytrwał i dokończył co miałem zrobić. W przeciwnym razie, twoja śmierć będzie długa i bardzo bolesna - ukląkłem przed nią, jedną ręką odgarniając jej włosy z twarzy. W każdej innej sytuacji uciekłaby przed moim dotykiem, lecz teraz jej oczy wyrażały o wiele większe zagubienie niż w chwili uderzenia.
-Co? - szepnęła, w całym swoim harcie ducha zapominając, że w dalszym ciągu znajduje się tylko i wyłącznie na mojej łasce.
-Gdybyś nie była taka głupia, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Dalej jednak można wiele naprawić... zaczniesz jeść, przestaniesz robić z siebie męczennice i z miłą chęcią pomożesz mi wszystko skończyć.
-A jeśli nie?
-To wpierw umrzesz, a później zapakuję twoje gnijące ciało i w dalszym ciągu dokończę dzieła.
-Jesteś nienormalny - splunęła mi w twarz i jakimś cudem, szybciej niż byłbym w stanie przypuszczać, podniosła się do pionu.
Złapała krzesło oburącz, a potem, drżąc z wysiłku, cisnęła nim we mnie, tak mocno jak tylko potrafiła. Spróchniałe drewno roztrzaskało się na moich plecach, zaś drobne drzazgi powbijały się w nagą skórę rąk i szyi. Krzyknąłem bardziej z zaskoczenia niż bólu. W żadnym scenariuszu, a zapewniam, że było ich wiele, nie przypuszczałem, że Jeanne będzie do tego zdolna.
-Ty mała suko! - wstałem akurat w momencie, by obserwować jak nieudolnie szarpie się z drzwiami. W całym swoim wielkim planie zapomniała, że przekręcałem zamek ilekroć przekraczałem próg, zaś klucze zawsze miałem przy sobie.
Po spięciu jej ciała, widziałem, że też już to sobie uzmysłowiła. Nadal jednak próbowała, zbyt uparta, by od tak po prostu dać za wygraną. Tylko te głupie, zamknięte drzwi dzieliły ją od upragnionej wolności. Tylko te kilka centymetrów drewna dzieliło ją od ucieczki ode mnie. Ostatni raz chwyciła klamkę, po czym wybuchła płaczem. Podszedłem do niej. Pomogłem pozostać w pionie, gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Przytuliłem. Pogłaskałem po plecach. Nie zrobiła nic by mnie odepchnąć.
-Wszystko będzie dobrze - zapewniłem głosem pełnym współczucia. - Jakoś damy sobie radę.
wtorek, 23 stycznia 2018
poniedziałek, 22 stycznia 2018
04. Heather
Oto fakt, którego w swoim nowym życiu byłam absolutnie pewna:
Moja matka świetnie radziła sobie na sali operacyjnej, ale obowiązki gospodyni domowej szły jej bardzo opornie.
Odkąd wróciłam przebywała na urlopie i niestety nie spieszyło jej się by wrócić do pracy. Nie chodzi o to, że byłam wyrodną córką i chciałam się jej pozbyć z domu. Nie. Po prostu nawet ja, nie znając jej zbyt dobrze, widziałam jak bardzo się męczy udając przykładną panią domu. Gotowała gorzej niż koszmarnie, a nie brak było w niej urażonej dumy by próbować wciąż na nowo i na nowo. Z reguły kończyło się na tym, że cała zawartość garnków lądowała w koszu. O tym jak kiepsko jej szło świadczył również fakt, że psy unikały swoich misek ilekroć było w nich coś z maminej kuchni, a zapewniam, że te stwory jadały o wiele gorsze z nazwy rzeczy i wcale nie wybrzydzały.
Jeśli wystarczająco dobitnie nakreśliłam sytuację, nie muszę chyba nawet dodawać jak bardzo się męczyłam, siedząc przy kuchennym blacie nad miską płatków śniadaniowych. Czy raczej czegoś co tymi ów płatkami było tylko z nazwy. Inaczej ciężko było mi nazwać tą brązową maź z mlekiem na brzegach.
-Każdego dnia zadziwiasz mnie coraz bardziej - przyznałam jej z odpowiednim do tego podziwem. Albo raczej próbowałam, żeby tak właśnie to zabrzmiało, niestety przez nocną wędrówkę moje gardło odmówiło posłuszeństwa i brzmiałam raczej jak zepsuty robot. - Nie mam pojęcia jak udało ci się zepsuć tak podstawowe jedzenie, no i mleko, przy którego zakupie musiałam się tak okropnie namęczyć.
-Przesadzasz, nie może być aż tak źle. Skupmy się może lepiej na tym, jakim cudem zachorowałaś, siedząc cały czas w domu.
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. Coraz bardziej zaczynałam żałować, że w ogóle wyszłam tego poranka z pokoju i że musiałam jak gdyby nigdy nic uczestniczyć w tej rozmowie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało i to bynajmniej nie z powodu gorączki. - Może za długo stałam pod nawiewem klimatyzacji.
-Bardzo zabawne, zważywszy na fakt, że mamy koniec listopada i raczej nie używamy klimatyzacji.
-Wobec tego nie mam już nic na swoją obronę.
Mama zaczęła się krzątać po całym pomieszczeniu, kolejno otwierając każdą szafkę. Pamiętała niemal każdą istotną rzecz z dziedziny medycyny, a do tej pory nie mogła spamiętać zawartości swojej własnej kuchni. Było to naprawdę zadziwiające.
-Czego szukasz? - nie żeby rzeczywiście mnie to interesowało, jednak byłam na tyle aspołeczna, że siedzenie z drugim człowiekiem w całkowitej ciszy wprowadzało mnie w większe przerażenie niż na siłę podtrzymywana rozmowa.
-Czegoś na twoje gardło, Kwiatuszku. Nie mogę słuchać tego głosu Goluma z Władcy Pierścieni.
Uwielbiała nazywać mnie Kwiatuszkiem. Za każdym razem, gdy to robiła uśmiechała się leciutko ni to z nostalgią ni to z czułością, po czym automatycznie wracała do swojej typowej surowej postawy, jak gdyby nigdy nic.
-Mamo...
Chciałam ją zapytać czy to prawda, że przez ostatnie miesiące z premedytacją mnie okłamywała. Wmawiała rzeczy bez pokrycia. Uczyła mnie o starym życiu, wycinając z niego wszystko co było niedogodne. Czy rzeczywiście nie mogłam mieć zaufania nawet do niej, choć była osobą, w której miłość nie byłabym w stanie wątpić, nawet mimo utraconych wspomnień. Naprawdę chciałam to zrobić, ale wpierw ona podniosła głowę uśmiechając się do mnie z rozbrajającą troską, potem przypomniałam sobie złożoną obietnicę, a jakby tego było mało, w tym właśnie momencie zadzwonił jej telefon.
-Poczekaj momencik, dobrze?
-Nigdzie się nie wybieram - marny żart, który powtarzałam za każdym razem i który nie bawił nikogo prócz mnie.
Mama pokręciła głową z dezaprobatą i wyszła odebrać do drugiego pomieszczenia. Zostając sama, zaczęłam jeszcze raz analizować wszystko co wydarzyło się w nocy, tak jakbym po powrocie do domu nie robiła tego do samego ranka. Złapałam się za wciąż obolałe ramię, przypominając sobie jak zostałam pchnięta na drzewo.
-Ile wiesz? - znałam ten głos i początkowo mocno zbiło mnie to z tropu. Rzadko się zdarzało, żebym coś znała. Wobec tego nie od razu skupiłam się na samym dopasowaniu głosu do właściciela, a własnie mojemu zdumieniu, że ów głos w ogóle pamiętam.
I nim zdążyłam zareagować mój oprawca leżał na ziemi, przygniatany przez wściekle warczącego psa. Psa również znałam, bo tak się składało, że należał do mnie i nieco wcześniej zarejestrowałam jego ucieczkę z kojca.
-Odwołaj ją! Odwołaj Lunę!
Kolejna niespodzianka, nie tylko ja znałam psa. Ale też nie zamierzałam zbyt długo się na tym skupiać, bo istotniejszy był fakt, że za moment mógł leżeć przede mną trup, a ja miałam do niego kilka pytań.
-Odwołaj ją do cholery!
-Luna dość! Spokój! - Zero reakcji, tego akurat mogłam się spodziewać. - Luna do nogi!
-Cudownie ci idzie, ale mogłabyś się nieco streszczać?
Ironia w jego głosie gwałtownie mnie otrzeźwiła. Byłam zła, nawet bardzo. A razem ze złością rosło we mnie przekonanie, że przez swój strach i niepewność nie pozwolę zabić człowieka na swojej posesji. Tym bardziej mając już pewność kim ten człowiek jest. Inna kwestia po jaką cholerę tu przyszedł.
-Luna, spokój! - Mój głos jeszcze nigdy w stosunku do niej nie był taki władczy i pewny. Cofnęła się nieufnie. - Zostań.
-A jednak sobie poradzi...
-Co ty sobie do diabła wyobrażasz?! - zaatakowałam go nim jeszcze zdążył wstać i słowo daję, że w oczach Luny mignęła niesprawiedliwość. - Pomijając to, że mogłeś zostać rozszarpany przez mojego psa, albo nawet przez wszystkie cztery psy, gdyby akurat latały wolno, czy choć przez chwilę pomyślałeś o tym, że możemy zawiadomić policję?! I kim ty w ogóle jesteś? Co tu robisz? I... i...
-Dobrze, zrozumiałem, mój błąd! - uniósł ręce jakby poddając się pod tym strumieniem pytań. - Ale Heather, musiałem. Musiałem cię zobaczyć i przekonać się czy to co mówią to prawda.
Zamrugałam kilkakrotnie, by pozbyć się łez, które nieproszenie pojawiły się w kącikach moich oczu. Bardzo nie podobał mi się przebieg tej rozmowy, ale jeszcze bardziej zależało mi na uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie powstałe pytania.
-I jakie wnioski?
-Przyszłaś, gdy tylko wysłałem ci sygnał laserem. Przez moment, wydawało mi się, że oni wszyscy się mylą - potrząsnął z niedowierzeniem głową. - Ale teraz widzę, że to ja się pomyliłem. Przynajmniej połowicznie.
-To nie wyjaśnia, co tutaj robisz.
Dean westchnął głośno i rozejrzał się dookoła. Sprawiał wrażenie osoby, która intensywnie się nad czymś zastanawia. Nie chciałam go popędzać, ale coraz bardziej marzłam w stopy. Łatwo było o tym zapomnieć w przypływie adrenalinie, lecz teraz zaczynałam się niepokoić, że moje małe palce u stóp mogą tego nie przeżyć. Noce w Laramie potrafiły być naprawdę zimne.
-Możemy przejść w jakieś inne miejsce? Nie do domu rzecz jasna - dodał pospiesznie. - Altanka we wschodniej części posesji byłaby w sam raz lub jeśli wolisz to domek na drzewie, będzie bliżej.
Przyznaję, w pierwszej chwili poczułam się mocno zaniepokojona. Patrząc na to moimi oczami, ktoś zupełnie obcy świetnie orientował się w rozkładzie terenu wokół mojego domu. Domyślałam się jednak prawdy. Ten nieznajomy kilka miesięcy temu mógł być moim przyjacielem, bądź chociaż znajomym. Często tutaj przychodził, mieliśmy swoje zwyczaje i on o tym pamięta. W przeciwieństwie do mnie. Miejsc nie wybrał przypadkowo. Liczył, że w międzyczasie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, coś sobie przypomnę. Będzie uważnie mnie obserwować, szukać we mnie kogoś kogo już dawno nie ma. I ta nowo odkryta wiedza wcale mu się nie spodoba.
-Wolałabym nie - odparłam najbardziej neutralnym tonem na jaki było mnie stać.
-Proszę cię, Heather. Ja też próbuję zrozumieć kilka rzeczy, a tylko ty możesz mi w tym pomóc.
-Nie mam jak ci pomóc - bezradnie pokręciłam głową. - Jesteś tu, bo chciałeś sprawdzić czy pogłoski na mój temat są prawdziwe. I uzyskałeś odpowiedź. Nic nie pamiętam.
Panował mrok, ale i tak widziałam jak na jego twarzy tworzy się niezadowolony grymas. A po tym grymasie nastąpiła fala gniewu. To również przechodziłam. Nieliczni przyjaciele, którzy ponownie chcieli stać się częścią mojego życia, reagowali podobnie. Złościło ich, że nie mogę spamiętać istotnych według ich mniemania rzeczy. To tak jakby chcieli zawrzeć znajomość z kimś zupełnie obcym. Nazwiska, daty, miejsca. Te rzeczy nic mi nie mówiły. Nie miałam już z nimi wspólnych wspomnień. Bolało ich to tak samo jak mnie, a może nawet bardziej. Dlatego po jakimś czasie odmówiłam dalszych spotkań. Nie chciałam ranić więcej ludzi niż to konieczne.
Jednakże gniew, który pojawił się w oczach Deana był inny. Ostrzejszy. Jego żal zdawał się sięgać dalej niż moja osoba.
-Nie! - głos matki wyrwał mnie z zamyśleń. - Nie pozwalam! Ma być tak jak się umawialiśmy, nie zniszczysz tego wszystkiego tylko dlatego, że... - wstałam z krzesła i podeszłam bliżej jej gabinetu. Nie, żebym pochwalała podsłuchiwanie, ale coś mi mówiło, że jestem głównym tematem toczonej dyskusji i nie rozumiałam dlaczego zostałam z niej wykluczona. - Nic mnie nie obchodzi, że śledztwo stoi w miejscu. Być może sprawa was przerasta, ale to nie upoważnia was do niszczenia jej życia i wywlekania na wierzch rzeczy, które teraz nie mają dla niej żadnego znaczenia... - zrobiłam jeszcze jeden ostrożny krok w przód. Czułam jak serce podchodzi mi do samego gardła i bardzo, ale to bardzo nie chciałam, żeby mama kontynuowała, bo już wiedziałam co usłyszę. - ...waszym zadaniem jest znaleźć porywacza Heather, póki macie tylko poszlaki, że to łączy się ze sprawą Angie, nie życzę sobie...
Przestałam słuchać. Bezmyślnie ruszyłam w stronę swojego pokoju, cały czas nie chcąc zrozumieć. Pierwszy raz nie chcąc wiedzieć. I mogłam sobie wmawiać, że rozmowa matki nie ma żadnego znaczenia, jednak w głowie wciąż huczały mi słowa Deana. Wciąż widziałam jego przepełnioną bólem twarz.
-W porządku - warknął kryjąc ból w złości.- Więc wytłumacz mi to tutaj, teraz. Wytłumacz mi co było na tyle ważne byście tamtej nocy pałętały się po lesie? Przecież wiem, że robiłyście to tylko w szczególnych przypadkach! - Chciałam mu przerwać i ponownie uświadomić, że nie mam pojęcia o czym mówi, bo tak się składa, że moja pamięć nie sięga do tamtych wydarzeń, ale on stanowczo mi na to nie pozwolił. - Co jeśli ta twoja amnezja to tylko wymówka? Bo łatwiej jest wmówić sobie i innym, że przeszłość nie istnieje. Nie chcesz brać na siebie odpowiedzialności za tamtą noc, ponieważ wiesz, że to właśnie ty wyciągnęłaś Angie z domu i to twoja wina, że ona...
-Nie! - Tym razem nie mogłam pozwolić mówić mu dalej. Byłabym głupia, gdybym nie domyśliła się jak ma zamiar dokończyć swoją tyradę. Byłam głupia, bo tutaj przyszłam, od tego powinnam zacząć. - Nie mam pojęcia kim jest Angie, nie mam pojęcia kim ty jesteś, i wiesz co? Tak się składa, że nie mam pojęcia kim ja jestem!
A teraz... a teraz to wszystko nabrało nowego znaczenia. Nie miałam pojęcia kim jest Angie, choć prawdopodobnie byłam jej to stokrotnie winna. Nie miałam pojęcia jaką rolę odgrywa w tym jej brat. W szczególności zaś nie miałam pojęcia kim jestem ja, bo tak się złożyło, że moje życie zostało podyktowane przez ludzi, którzy od samego początku uparcie mnie okłamywali.
-Heather, znalazłam leki - mama wyrosła przede mną zanim zdążyłam otworzyć drzwi pokoju. Uśmiechała się jak gdyby nigdy nic i pierwszy raz pomyślałam, że może to wszystko co mi daje, również jest kłamstwem. Jej uczucia względem mnie mogą być kłamstwem.
-Wezmę je później.
-Nic ci nie jest? - przyłożyła mi odruchowo rękę do czoła, ale wątpiłam, żeby temperatura mojego ciała jakoś znacząco uległa zmianie.
-Jestem po prostu zmęczona, muszę się położyć.
-Na pewno? Możemy pojechać do doktora Binesa, jeśli czujesz się gorzej.
Wątpiłam, żeby lekarz prowadzący mój przypadek w tym wypadku się do czegoś nadał. A już szczególnie, że bardziej niż pewne on również od samego początku nie raczył mnie poinformować, że być może przyczyniłam się do śmierci przyjaciółki.
-Potrzebuję tylko snu, naprawdę. - Wyminęłam ją i w końcu weszłam do swojego pokoju.
Nie skłamałam tak bardzo. Potrzebowałam snu, ale o wiele bardziej potrzebowałam też prawdy. Tak się składało, że na chwilę obecną tylko jedna osoba była skora mi jej udzielić. Ta sama, która ze zrozumiałych już powodów od pierwszego spotkania wykazywała względem mnie dziwne połączenie przywiązania i nienawiści. Liczyłam, że w tym momencie to nie nienawiść będzie główną siłą napędzającą jego działania.
Oto kolejny fakt, którego w swoim życiu jestem absolutnie pewna:
Dowiem się co się stało tamtej nocy, bo już nie jestem tego winna jedynie sobie.
Moja matka świetnie radziła sobie na sali operacyjnej, ale obowiązki gospodyni domowej szły jej bardzo opornie.
Odkąd wróciłam przebywała na urlopie i niestety nie spieszyło jej się by wrócić do pracy. Nie chodzi o to, że byłam wyrodną córką i chciałam się jej pozbyć z domu. Nie. Po prostu nawet ja, nie znając jej zbyt dobrze, widziałam jak bardzo się męczy udając przykładną panią domu. Gotowała gorzej niż koszmarnie, a nie brak było w niej urażonej dumy by próbować wciąż na nowo i na nowo. Z reguły kończyło się na tym, że cała zawartość garnków lądowała w koszu. O tym jak kiepsko jej szło świadczył również fakt, że psy unikały swoich misek ilekroć było w nich coś z maminej kuchni, a zapewniam, że te stwory jadały o wiele gorsze z nazwy rzeczy i wcale nie wybrzydzały.
Jeśli wystarczająco dobitnie nakreśliłam sytuację, nie muszę chyba nawet dodawać jak bardzo się męczyłam, siedząc przy kuchennym blacie nad miską płatków śniadaniowych. Czy raczej czegoś co tymi ów płatkami było tylko z nazwy. Inaczej ciężko było mi nazwać tą brązową maź z mlekiem na brzegach.
-Każdego dnia zadziwiasz mnie coraz bardziej - przyznałam jej z odpowiednim do tego podziwem. Albo raczej próbowałam, żeby tak właśnie to zabrzmiało, niestety przez nocną wędrówkę moje gardło odmówiło posłuszeństwa i brzmiałam raczej jak zepsuty robot. - Nie mam pojęcia jak udało ci się zepsuć tak podstawowe jedzenie, no i mleko, przy którego zakupie musiałam się tak okropnie namęczyć.
-Przesadzasz, nie może być aż tak źle. Skupmy się może lepiej na tym, jakim cudem zachorowałaś, siedząc cały czas w domu.
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. Coraz bardziej zaczynałam żałować, że w ogóle wyszłam tego poranka z pokoju i że musiałam jak gdyby nigdy nic uczestniczyć w tej rozmowie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało i to bynajmniej nie z powodu gorączki. - Może za długo stałam pod nawiewem klimatyzacji.
-Bardzo zabawne, zważywszy na fakt, że mamy koniec listopada i raczej nie używamy klimatyzacji.
-Wobec tego nie mam już nic na swoją obronę.
Mama zaczęła się krzątać po całym pomieszczeniu, kolejno otwierając każdą szafkę. Pamiętała niemal każdą istotną rzecz z dziedziny medycyny, a do tej pory nie mogła spamiętać zawartości swojej własnej kuchni. Było to naprawdę zadziwiające.
-Czego szukasz? - nie żeby rzeczywiście mnie to interesowało, jednak byłam na tyle aspołeczna, że siedzenie z drugim człowiekiem w całkowitej ciszy wprowadzało mnie w większe przerażenie niż na siłę podtrzymywana rozmowa.
-Czegoś na twoje gardło, Kwiatuszku. Nie mogę słuchać tego głosu Goluma z Władcy Pierścieni.
Uwielbiała nazywać mnie Kwiatuszkiem. Za każdym razem, gdy to robiła uśmiechała się leciutko ni to z nostalgią ni to z czułością, po czym automatycznie wracała do swojej typowej surowej postawy, jak gdyby nigdy nic.
-Mamo...
Chciałam ją zapytać czy to prawda, że przez ostatnie miesiące z premedytacją mnie okłamywała. Wmawiała rzeczy bez pokrycia. Uczyła mnie o starym życiu, wycinając z niego wszystko co było niedogodne. Czy rzeczywiście nie mogłam mieć zaufania nawet do niej, choć była osobą, w której miłość nie byłabym w stanie wątpić, nawet mimo utraconych wspomnień. Naprawdę chciałam to zrobić, ale wpierw ona podniosła głowę uśmiechając się do mnie z rozbrajającą troską, potem przypomniałam sobie złożoną obietnicę, a jakby tego było mało, w tym właśnie momencie zadzwonił jej telefon.
-Poczekaj momencik, dobrze?
-Nigdzie się nie wybieram - marny żart, który powtarzałam za każdym razem i który nie bawił nikogo prócz mnie.
Mama pokręciła głową z dezaprobatą i wyszła odebrać do drugiego pomieszczenia. Zostając sama, zaczęłam jeszcze raz analizować wszystko co wydarzyło się w nocy, tak jakbym po powrocie do domu nie robiła tego do samego ranka. Złapałam się za wciąż obolałe ramię, przypominając sobie jak zostałam pchnięta na drzewo.
-Ile wiesz? - znałam ten głos i początkowo mocno zbiło mnie to z tropu. Rzadko się zdarzało, żebym coś znała. Wobec tego nie od razu skupiłam się na samym dopasowaniu głosu do właściciela, a własnie mojemu zdumieniu, że ów głos w ogóle pamiętam.
I nim zdążyłam zareagować mój oprawca leżał na ziemi, przygniatany przez wściekle warczącego psa. Psa również znałam, bo tak się składało, że należał do mnie i nieco wcześniej zarejestrowałam jego ucieczkę z kojca.
-Odwołaj ją! Odwołaj Lunę!
Kolejna niespodzianka, nie tylko ja znałam psa. Ale też nie zamierzałam zbyt długo się na tym skupiać, bo istotniejszy był fakt, że za moment mógł leżeć przede mną trup, a ja miałam do niego kilka pytań.
-Odwołaj ją do cholery!
-Luna dość! Spokój! - Zero reakcji, tego akurat mogłam się spodziewać. - Luna do nogi!
-Cudownie ci idzie, ale mogłabyś się nieco streszczać?
Ironia w jego głosie gwałtownie mnie otrzeźwiła. Byłam zła, nawet bardzo. A razem ze złością rosło we mnie przekonanie, że przez swój strach i niepewność nie pozwolę zabić człowieka na swojej posesji. Tym bardziej mając już pewność kim ten człowiek jest. Inna kwestia po jaką cholerę tu przyszedł.
-Luna, spokój! - Mój głos jeszcze nigdy w stosunku do niej nie był taki władczy i pewny. Cofnęła się nieufnie. - Zostań.
-A jednak sobie poradzi...
-Co ty sobie do diabła wyobrażasz?! - zaatakowałam go nim jeszcze zdążył wstać i słowo daję, że w oczach Luny mignęła niesprawiedliwość. - Pomijając to, że mogłeś zostać rozszarpany przez mojego psa, albo nawet przez wszystkie cztery psy, gdyby akurat latały wolno, czy choć przez chwilę pomyślałeś o tym, że możemy zawiadomić policję?! I kim ty w ogóle jesteś? Co tu robisz? I... i...
-Dobrze, zrozumiałem, mój błąd! - uniósł ręce jakby poddając się pod tym strumieniem pytań. - Ale Heather, musiałem. Musiałem cię zobaczyć i przekonać się czy to co mówią to prawda.
Zamrugałam kilkakrotnie, by pozbyć się łez, które nieproszenie pojawiły się w kącikach moich oczu. Bardzo nie podobał mi się przebieg tej rozmowy, ale jeszcze bardziej zależało mi na uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie powstałe pytania.
-I jakie wnioski?
-Przyszłaś, gdy tylko wysłałem ci sygnał laserem. Przez moment, wydawało mi się, że oni wszyscy się mylą - potrząsnął z niedowierzeniem głową. - Ale teraz widzę, że to ja się pomyliłem. Przynajmniej połowicznie.
-To nie wyjaśnia, co tutaj robisz.
Dean westchnął głośno i rozejrzał się dookoła. Sprawiał wrażenie osoby, która intensywnie się nad czymś zastanawia. Nie chciałam go popędzać, ale coraz bardziej marzłam w stopy. Łatwo było o tym zapomnieć w przypływie adrenalinie, lecz teraz zaczynałam się niepokoić, że moje małe palce u stóp mogą tego nie przeżyć. Noce w Laramie potrafiły być naprawdę zimne.
-Możemy przejść w jakieś inne miejsce? Nie do domu rzecz jasna - dodał pospiesznie. - Altanka we wschodniej części posesji byłaby w sam raz lub jeśli wolisz to domek na drzewie, będzie bliżej.
Przyznaję, w pierwszej chwili poczułam się mocno zaniepokojona. Patrząc na to moimi oczami, ktoś zupełnie obcy świetnie orientował się w rozkładzie terenu wokół mojego domu. Domyślałam się jednak prawdy. Ten nieznajomy kilka miesięcy temu mógł być moim przyjacielem, bądź chociaż znajomym. Często tutaj przychodził, mieliśmy swoje zwyczaje i on o tym pamięta. W przeciwieństwie do mnie. Miejsc nie wybrał przypadkowo. Liczył, że w międzyczasie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, coś sobie przypomnę. Będzie uważnie mnie obserwować, szukać we mnie kogoś kogo już dawno nie ma. I ta nowo odkryta wiedza wcale mu się nie spodoba.
-Wolałabym nie - odparłam najbardziej neutralnym tonem na jaki było mnie stać.
-Proszę cię, Heather. Ja też próbuję zrozumieć kilka rzeczy, a tylko ty możesz mi w tym pomóc.
-Nie mam jak ci pomóc - bezradnie pokręciłam głową. - Jesteś tu, bo chciałeś sprawdzić czy pogłoski na mój temat są prawdziwe. I uzyskałeś odpowiedź. Nic nie pamiętam.
Panował mrok, ale i tak widziałam jak na jego twarzy tworzy się niezadowolony grymas. A po tym grymasie nastąpiła fala gniewu. To również przechodziłam. Nieliczni przyjaciele, którzy ponownie chcieli stać się częścią mojego życia, reagowali podobnie. Złościło ich, że nie mogę spamiętać istotnych według ich mniemania rzeczy. To tak jakby chcieli zawrzeć znajomość z kimś zupełnie obcym. Nazwiska, daty, miejsca. Te rzeczy nic mi nie mówiły. Nie miałam już z nimi wspólnych wspomnień. Bolało ich to tak samo jak mnie, a może nawet bardziej. Dlatego po jakimś czasie odmówiłam dalszych spotkań. Nie chciałam ranić więcej ludzi niż to konieczne.
Jednakże gniew, który pojawił się w oczach Deana był inny. Ostrzejszy. Jego żal zdawał się sięgać dalej niż moja osoba.
-Nie! - głos matki wyrwał mnie z zamyśleń. - Nie pozwalam! Ma być tak jak się umawialiśmy, nie zniszczysz tego wszystkiego tylko dlatego, że... - wstałam z krzesła i podeszłam bliżej jej gabinetu. Nie, żebym pochwalała podsłuchiwanie, ale coś mi mówiło, że jestem głównym tematem toczonej dyskusji i nie rozumiałam dlaczego zostałam z niej wykluczona. - Nic mnie nie obchodzi, że śledztwo stoi w miejscu. Być może sprawa was przerasta, ale to nie upoważnia was do niszczenia jej życia i wywlekania na wierzch rzeczy, które teraz nie mają dla niej żadnego znaczenia... - zrobiłam jeszcze jeden ostrożny krok w przód. Czułam jak serce podchodzi mi do samego gardła i bardzo, ale to bardzo nie chciałam, żeby mama kontynuowała, bo już wiedziałam co usłyszę. - ...waszym zadaniem jest znaleźć porywacza Heather, póki macie tylko poszlaki, że to łączy się ze sprawą Angie, nie życzę sobie...
Przestałam słuchać. Bezmyślnie ruszyłam w stronę swojego pokoju, cały czas nie chcąc zrozumieć. Pierwszy raz nie chcąc wiedzieć. I mogłam sobie wmawiać, że rozmowa matki nie ma żadnego znaczenia, jednak w głowie wciąż huczały mi słowa Deana. Wciąż widziałam jego przepełnioną bólem twarz.
-W porządku - warknął kryjąc ból w złości.- Więc wytłumacz mi to tutaj, teraz. Wytłumacz mi co było na tyle ważne byście tamtej nocy pałętały się po lesie? Przecież wiem, że robiłyście to tylko w szczególnych przypadkach! - Chciałam mu przerwać i ponownie uświadomić, że nie mam pojęcia o czym mówi, bo tak się składa, że moja pamięć nie sięga do tamtych wydarzeń, ale on stanowczo mi na to nie pozwolił. - Co jeśli ta twoja amnezja to tylko wymówka? Bo łatwiej jest wmówić sobie i innym, że przeszłość nie istnieje. Nie chcesz brać na siebie odpowiedzialności za tamtą noc, ponieważ wiesz, że to właśnie ty wyciągnęłaś Angie z domu i to twoja wina, że ona...
-Nie! - Tym razem nie mogłam pozwolić mówić mu dalej. Byłabym głupia, gdybym nie domyśliła się jak ma zamiar dokończyć swoją tyradę. Byłam głupia, bo tutaj przyszłam, od tego powinnam zacząć. - Nie mam pojęcia kim jest Angie, nie mam pojęcia kim ty jesteś, i wiesz co? Tak się składa, że nie mam pojęcia kim ja jestem!
A teraz... a teraz to wszystko nabrało nowego znaczenia. Nie miałam pojęcia kim jest Angie, choć prawdopodobnie byłam jej to stokrotnie winna. Nie miałam pojęcia jaką rolę odgrywa w tym jej brat. W szczególności zaś nie miałam pojęcia kim jestem ja, bo tak się złożyło, że moje życie zostało podyktowane przez ludzi, którzy od samego początku uparcie mnie okłamywali.
-Heather, znalazłam leki - mama wyrosła przede mną zanim zdążyłam otworzyć drzwi pokoju. Uśmiechała się jak gdyby nigdy nic i pierwszy raz pomyślałam, że może to wszystko co mi daje, również jest kłamstwem. Jej uczucia względem mnie mogą być kłamstwem.
-Wezmę je później.
-Nic ci nie jest? - przyłożyła mi odruchowo rękę do czoła, ale wątpiłam, żeby temperatura mojego ciała jakoś znacząco uległa zmianie.
-Jestem po prostu zmęczona, muszę się położyć.
-Na pewno? Możemy pojechać do doktora Binesa, jeśli czujesz się gorzej.
Wątpiłam, żeby lekarz prowadzący mój przypadek w tym wypadku się do czegoś nadał. A już szczególnie, że bardziej niż pewne on również od samego początku nie raczył mnie poinformować, że być może przyczyniłam się do śmierci przyjaciółki.
-Potrzebuję tylko snu, naprawdę. - Wyminęłam ją i w końcu weszłam do swojego pokoju.
Nie skłamałam tak bardzo. Potrzebowałam snu, ale o wiele bardziej potrzebowałam też prawdy. Tak się składało, że na chwilę obecną tylko jedna osoba była skora mi jej udzielić. Ta sama, która ze zrozumiałych już powodów od pierwszego spotkania wykazywała względem mnie dziwne połączenie przywiązania i nienawiści. Liczyłam, że w tym momencie to nie nienawiść będzie główną siłą napędzającą jego działania.
Oto kolejny fakt, którego w swoim życiu jestem absolutnie pewna:
Dowiem się co się stało tamtej nocy, bo już nie jestem tego winna jedynie sobie.
niedziela, 21 stycznia 2018
05. Gisele
Gisele, 1996
Należałam do niego, a póki o tym pamiętałam, on był dla mnie dobry.Każdego wieczoru przed snem, prosił bym mu grała. Zawsze tą samą, powtarzalną melodię. Siadałam więc przed pianinem i grałam, grałam, aż palce odmawiały mi posłuszeństwa. Jeśli wytrwałam wystarczająco długo, nagradzał mnie. Mogłam spać w jego łóżku, mogłam czuć się bezpiecznie. Przecież bez powodu nigdy nie wyrządziłby mi krzywdy. Byłam jego Śliczną Francuzeczką, chciał dla mnie wszystkiego co najlepsze. To nie jego wina, że gdy przestawałam grać wcześniej niż planowano, albo gdy bezwiednie zaczynałam wygrywać coś innego, musiał mnie ukarać. Złe rzeczy należało przecież karać. Jak inaczej miałabym się ich oduczyć. Za każdym razem, gdy musiał mnie zbić i odesłać do piwnicy, było mu bardzo przykro. Nie chciałam go zasmucać. Nie chciałam by z mojego powodu musiał cierpieć. Dlatego robiłam co w mojej mocy by czuł się zadowolony. Grałam, gdy prosił, śpiewałam, gdy prosił, milczałam, gdy prosił.
-Jesteś moja, Gisele - głaskał mnie po głowie w chwilach lepszego nastroju. - Pamiętasz o tym, prawda?
-Oui, jestem twoja - przytakiwałam gorliwie.
Chwila zwłoki bardzo często kosztowała mnie ciosem w plecy, bądź brzuch. Twarzy nigdy nie tykał, musiałam zawsze wyglądać ślicznie. A to i tak nie do końca mu wystarczało. Czasami kazał mi się rozbierać. Miałam stać przed nim naga, pełna pokory, gotowa na wszystko co mi rozkaże. Kiedy był zły, moje posiniaczone ciało nie spełniało wyznaczonych wymogów. Winił mnie za to.
-Dlaczego tak mnie ranisz, Gisele? Swoim nieposłuszeństwem zmuszasz do kary, lecz to ja cierpię najbardziej, zmuszony patrzeć na te szpetne blizny. Jak masz mnie zadowalać wyglądając jak pierwsza lepsza uliczna kurwa?
-Proszę o wybaczenie, poprawię się. Zrobię wszystko...
-Odejdź, dzisiaj już do niczego mi się nie przydasz.
Każdy dzień był loterią. Każdy dzień stwarzał powody do radości bądź smutku. Jego radość była moją radością. Mogłam brać długie, relaksujące kąpiele, dbać o siebie kosmetykami, na które nigdy w życiu nie byłoby mnie stać. Potem ubierałam się w podarowane ubrania, zawsze starannie przez niego dobierane. Raz byłam skromna i cnotliwa. Raz wulgarna i wyzywająca. W zależności jakie było jego pragnienie. Dostawałam też pyszne jedzenie, to chyba cieszyło mnie najbardziej. Jadłam ile chciałam, piłam ile chciałam, czułam się zdrowsza i silniejsza, nigdy jednak wystarczająco zdrowa i silna. Złudnie żyłam jak księżniczka, do czasu aż wracał w złym nastroju. Wtedy musiałam cierpieć za swoje winy. Nie jestem dostatecznie piękna i mądra, nie gram zbyt pięknie, a mój głos zamiast wzbudzać zachwyt, wprawia w irytację. Ból, zimno, strach i oczekiwanie na śmierć. Czekałam na nią, tak bardzo czekałam. Jednocześnie czując się winną, że w ogóle o tym myślę. Jak mogłam chcieć go opuścić? Tyle dla mnie zrobił? Tak bardzo mnie chciał. Zaryzykował wszystko, żebym teraz tu była. To wymaga odpłaty.
Nie miałam pojęcia jak długo w tym tkwiłam. Jak długo byłam jego niewolnicą i jak długo wmawiałam sobie, że tak właśnie być powinno. Za to doskonale pamiętam moment, który wszystko zmienił.
Miał wtedy wyjątkowo parszywy humor. Niepowodzenie w pracy, tak to ujął. Przez jedną krótką chwilę to praca była odpowiedzialna za całe zło świata. Jednak zaraz po tym spojrzał na mnie i to ja stałam się winowajcą. Krzyczał, szarpał, bił. Nie patrzył już na moją twarz, nie byłam już jego Śliczną Francuzeczką. Po którymś ciosie padłam na podłogę, przerażona, że znów go rozgniewałam. Byłam zmęczona i słaba, ostatni tydzień bez wyjątku spędziłam na podłodze w piwnicy. Palce miałam zbyt skostniałe do doskonałego grania, a przecież tylko doskonałe granie mogło zaspokoić mojego pana. Ciało powoli zaczynało się poddawać, nie leczyło się tak szybko jak wcześniej. W pierwszym odruchu chciałam jak najszybciej wstać, by jeszcze bardziej go nie rozgniewać. W pierwszej myśli chciałam go przepraszać, błagać o wybaczenie. I wtedy jego noga zetknęła się z moim brzuchem. Mimo strachu i bólu, podniosłam się do pionu i uchyliłam przed kolejnym ciosem.
Ja byłam już stracona, ale nie mogłam pozwolić by ten sam los spotkał moje dziecko.
Musiałam uciec.
03.
Nie zabiłem jej.
Nie zabiłem.
Sama spadła.
Przecież... przecież nawet jej nie tknąłem. Uciekała i spadła. Sama. To nie była moja wina. Nie, oczywiście, że nie moja. Obiecałem bronić i broniłem, a to... ten wypadek, ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności.. nie było w tym mojej winy.
Było ciemno, a ona zaczęła biec przez las. Musiałem ją zatrzymać, wyjaśnić, prosić o zrozumienie. Taki miałem plan. Taki i żaden inny. Krzyknąłem raz, potem drugi, chciałem, żeby się zatrzymała. To niebezpieczne!, powtarzałem wciąż i wciąż, ale nie słuchała. Biegła i nagle jej urwany wrzask zakończył wszystko. Grunt osunął się jej spod nóg, upadła i chaotycznie wymachując rękami próbowała się czegoś złapać. Daremnie. Spadła ze skarpy. Dobiegłem w momencie, gdy jej ciało wiotkie jak u lalki z głuchym hukiem zderzyło się z twardą nawierzchnią.
To nie ja ją zabiłem.
Stałem na szczycie i patrzyłem na martwe już ciało. Obiecałem bronić... i broniłem, przecież... obiecałem bronić. Obiecałem zrobić coś więcej. Miałem bronić, miałem ratować.
-Zabiłeś ją!
Nie. Nie zrobiłem tego. Ona sama się zabiła. Głupia dziewczyna uciekała nocą przez ciemny las. Jakby nie wiedziała, że to niebezpieczne. Jakby od najmłodszych lat nie była ostrzegana przed tymi zdradzieckimi lasami. Jakby chciała zrobić to celowo. Jakby chciała mnie zniszczyć. To wszystko jej wina. Powinna była się zatrzymać, kiedy prosiłem.
Obiecałem bronić, ale to nie ja zawiodłem, to jej głupota, tylko jej głupota...
Nie zabiłem jej.
Nie zabiłem.
Sama spadła.
Przecież... przecież nawet jej nie tknąłem. Uciekała i spadła. Sama. To nie była moja wina. Nie, oczywiście, że nie moja. Obiecałem bronić i broniłem, a to... ten wypadek, ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności.. nie było w tym mojej winy.
Było ciemno, a ona zaczęła biec przez las. Musiałem ją zatrzymać, wyjaśnić, prosić o zrozumienie. Taki miałem plan. Taki i żaden inny. Krzyknąłem raz, potem drugi, chciałem, żeby się zatrzymała. To niebezpieczne!, powtarzałem wciąż i wciąż, ale nie słuchała. Biegła i nagle jej urwany wrzask zakończył wszystko. Grunt osunął się jej spod nóg, upadła i chaotycznie wymachując rękami próbowała się czegoś złapać. Daremnie. Spadła ze skarpy. Dobiegłem w momencie, gdy jej ciało wiotkie jak u lalki z głuchym hukiem zderzyło się z twardą nawierzchnią.
To nie ja ją zabiłem.
Stałem na szczycie i patrzyłem na martwe już ciało. Obiecałem bronić... i broniłem, przecież... obiecałem bronić. Obiecałem zrobić coś więcej. Miałem bronić, miałem ratować.
-Zabiłeś ją!
Nie. Nie zrobiłem tego. Ona sama się zabiła. Głupia dziewczyna uciekała nocą przez ciemny las. Jakby nie wiedziała, że to niebezpieczne. Jakby od najmłodszych lat nie była ostrzegana przed tymi zdradzieckimi lasami. Jakby chciała zrobić to celowo. Jakby chciała mnie zniszczyć. To wszystko jej wina. Powinna była się zatrzymać, kiedy prosiłem.
Obiecałem bronić, ale to nie ja zawiodłem, to jej głupota, tylko jej głupota...
Nie zabiłem jej.
02. Heather
Gdy pierwszy raz od powrotu przekroczyłam próg domu, w pierwszej kolejności zostałam skierowana do swojego dawnego pokoju. Rodzice, wtedy jeszcze pełni wiary, liczyli, że tak bliskie mi kiedyś otoczenie, w tempie niemal natychmiastowym wyleczy mnie z amnezji. Czy w to wierzyłam? Cóż, przede wszystkim byłam skołowana i nie bardzo wiedziałam jakiej myśli w głowie mam się chwytać. Po drugie, wchodząc do pokoju, nie czułam absolutnie nic. Nie było błysku, olśnienia, szoku. Ot zwykła sypialnia z łóżkiem w centralnej części. Dla pozorów weszłam głębiej i z wolna zaczęłam się rozglądać. Regały z książkami jako pierwsze zwróciły moją uwagę. Przejechałam ręką po zakurzonych grzbietach kilku bestsellerów i gdzieś tam w środku zapaliła się we mnie iskierka nadziei. Pamiętałam niektóre tytuły, mniej więcej, choć w głównej mierze mniej, kojarzyłam przedstawione w nich historie. I to właściwie byłoby tyle. Żadnych wspomnień związanych z okolicznościami kupna czy chociażby miejsc odczytania. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałam na jakie sfery dzieli się pamięć i sam fakt, że w tej mojej popapranej mózgownicy cokolwiek zatrybiło uznałam za nielada sukces. Pełna nowej energii ruszyłam na dalszy przegląd pokoju i ku ogromnemu zaskoczeniu nie poczułam już nic. Lampki świąteczne zawieszone nad oknem, plik notatek rozrzucony na biurku, zablokowany laptop z nieznanym mi już pinem, garderoba pełna obcych ubrań. Z tamtego dnia chyba właśnie najbardziej kojarzę moment, w którym stanęłam przed rzędem wieszaków. Białe koszule wisiały nade mną jak plaga, a ja mogłam tylko na nie patrzeć i zastanawiać się kim właściwie była tamta dziewczyna. Nie kim byłam ja. Kim była dziewczyna, której stylu nie jestem teraz w stanie pojąć, której pokój wygląda jakby nic w nim nie pasowało, a jednocześnie jest dziwnie spójny w sposób, który tylko ona mogłaby wytłumaczyć. I dlaczego muszę na to wszystko patrzeć jak na muzeum pamiątek po zmarłej osobie. Wtedy też przysięgłam sobie, że więcej tego progu nie przekroczę. Ten pokój nie był mój. Te rzeczy nie należały do mnie. Tych ubrań nigdy bym na siebie nie założyła. A może tylko uparcie wmawiałam sobie te wszystkie rzeczy, bo tak było zdecydowanie łatwiej, niż przyznać się, że osoba, którą uważam za martwą wciąż we mnie tkwi i bardzo chciałaby się wydostać, a możliwości na to brak.
Tak czy inaczej, postawiłam na swoim. Jeszcze tego samego dnia przeniosłam się do sypialni gościnnej na parterze. Pokój był znacznie mniejszy i o wiele bardziej stonowany, taki mi odpowiadał. Nie chciałam niczego w nim zmieniać, udoskonalać, przyozdabiać. Nie chciałam szukać swojego stylu. I broń Boże nie chciałam by okazało się, że mój styl wcale tak bardzo nie różni się od stylu tamtej Heather. Buntowałam się w każdy znany mi sposób, jakby to miało mnie uchronić przed zatraceniem. Pragnęłam wierzyć, że ja to ja. Że moje życie jest tylko tym co mam teraz, tym co pamiętam. I w obrębie tych czterech ścian nawet mogłam w to wierzyć. Bo ilekroć opuszczałam tą z pozoru bezpieczną przystań, wokół mnie pojawiali się ludzie. Ich oczy zawsze wyrażały żal, ich słowa były kierowane do Niej, ich czułe gesty zdawały się pogwałcać moją prywatność. Wszystko to niszczyło mnie od środka. Nie chciałam tak żyć. Jednocześnie zaś bałam się odejść, nie wiedząc jako kto właściwie odchodzę.
I choć nie pragnę się wcale usprawiedliwiać, wyjaśniać swojej głupoty, właśnie to pchnęło mnie do tego co zrobiłam. Ledwie piętnaście minut wcześniej siedziałam po turecku na łóżku i w dwóch palcach obkręcałam żyletkę. Czułam w sobie opór przed kolejnym cięciem, a jednocześnie chęć zrobienia na złość. Komu? Nie miałam pojęcia. I kiedy tak patrzyłam na ten mały kawałek metalu, w jego odbiciu ujrzałam pojedycznczy błysk. A później kolejny. I jeszcze jeden. Uniosłam głowę, pewna, że to zmęczone oczy płatają mi figle i wtedy też, ponownie zostałam oślepiona. Zielone światło przechodziło przez okno, swój początek znajdując o wiele dalej, w gęstwinie drzew otaczających posesję. Ktokolwiek je wysyłał, robił to z premedytacją. Z racjonalnego punktu widzenia powinnam była zostać na miejscu, w łóżku, w pokoju, w domu, w bezpiecznym miejscu. Nie odczułam żadnego olśnienia, sygnał świetlny nie wywołał w mojej głowie lawiny wspomnień, a jednak czułam, że muszę to sprawdzić. Odruchowo wstałam i rozejrzałam się za czymś ciepłym do okrycia, jakbym robiła to wielokrotnie wcześniej. I prawdopodobnie tak właśnie było, choć nie oznaczało to wcale, że mogłam odetchnąć z ulgą. Równie dobrze to mój porywacz perfekcyjnie znał moje przyzwyczajenia.
-Do reszty postradałaś zmysły - mruknęłam i wbrew temu co sama chciałam sobie uświadomić, otworzyłam okno. Przerzuciłam obie nogi przez parapet, a po chwili stałam już na mokrej od rosy trawie, przeklinając się w myślach już choćby za to, że w tej jakże heroicznej ucieczce z domu, zapomniałam o ubraniu butów. Cudownie, Heather. Jeśli ostatnim razem byłaś równie mądra, to nic dziwnego, że dałaś się złapać choćby podrzędnemu porywaczowi. Strateg i buntownik, to właśnie ja.
Zatrzymałam się przed kojcem. W pierwszym odruchu chciałam wypuścić psy, licząc, że w razie czego staną w mojej obronie. Szybko jednak porzuciłam ten pomysł. Zwierzęta były oddane i dobrze wytresowane, mimo to czułam przed nimi lęk. Każdy z nich trafił do nas po przejściach, zostały uratowane i otoczone opieką. Żywiły ogromną wdzięczność do moich rodziców i nie śmiem wątpić, że niegdyś żywiły ją również do mnie. Tymczasem mój strach tylko potęgował ich wewnętrzny niepokój, były niespokojne i skore do walki. A przynajmniej te z nich, które w kojcu rzeczywiście się znajdowały, bo tak się złożyło, że z czterech psów, zostały tylko trzy. Nie musiałam im się przyglądać by wiedzieć, który uciekł. Tata wspomniał kiedyś, że psy dostosowują się charakterem do właściciela. Jeśli wierzyć jego słowom osobiście wytresowałam Lune, która w krótkim czasie swą niezłomnością stała się pewnego rodzaju alfą w naszym domowym stadzie. Od mojego zniknięcia nie była posłuszna wobec nikogo, a jej nieobecność napawała mnie większym strachem niż teoretyczny porywacz. Mimo to, zdecydowałam się ruszyć dalej.
Teren wokół naszego domu był ogromny i tylko z trzech stron porządnie zabezpieczony. Czwarta część wtapiała się w las i to właśnie tam zmierzałam. Póki co drogę oświetlały mi kolorowe lampiony tworzące pewnego rodzaju ścieżkę po ogrodzie, jednak bez wątpienia światła nie starczy mi na długo. Gdy go zabraknie, pozostawało mi mieć nadzieję, że zielone światło ponownie zabłyśnie.
Nadzieja. Parsknęłam w duchu na samo to słowo.
-Musisz mieć nadzieję - matka powtarzała bez wytchnienia. - Któregoś dnia obudzisz się i wszystko wróci do normy. Spojrzysz na nas i w tym spojrzeniu będzie ciepło i miłość, które pamiętam.
Być może rzeczywiście w to wierzyła, lub po prostu, że tak to ujmę, miała nadzieję, że w to wierzy.
-To bez wątpienia dobre uczucie. Ludzie potrzebują wiary i nadzieja im jej dostarcza. Nie możesz się od tego odcinać, tylko dlatego, że teraz przechodzisz gorszy okres. - Rick pod tym aspektem niewiele różnił się od mojej rodzicielki.
-Gorszy okres? Jak możesz nazywać to w ten sposób? gorszy okres może przeżywać nastolatka, którą właśnie rzucił chłopak, a nie osoba po całkowitej utracie pamięci, bo tak się składa, że no cóż, nie doświadczyłam jeszcze tego lepszego okresu.
-Buntujesz się, to dobrze - udawał, że nie czuje wibrującej ode mnie złości. - Musisz doświadczać uczuć, w przeciwnym razie jak chcesz odnaleźć w sobie?
-Póki co czuję tylko, że nie jestem w miejscu, w którym powinnam się znaleźć, a wy szukacie nie tego co trzeba.
-Ach, tak? - Jedną z jego ulubionych metod było zadawanie pytań, by jak najdłużej słuchać moich przemyśleń. Miałam tego świadomość, co nie zmienia faktu, że nazbyt często dawałam się w to wciągnąć. Być może potrzebowałam wyrzucić z siebie myśli z góry nie pasujące do reszty. Szukałam gotowych zaprzeczeń dla swoich teorii, by resztę czasu spędzić w błogim spokoju.
-Tak. Nie zwrócono mi wolności, nie powinnam tu teraz siedzieć i snuć domysłów. Powinnam, powinnam...
Nie miałam pojęcia jak poprawnie skończyć to zdanie. Powinnam coś robić, tylko co. Powinnam gnić w zamknięciu? Powinnam walczyć? Powinnam nie żyć? A może coś jeszcze innego. Nie wiedziałam.
-Mimo to, teraz przede mną siedzisz. Nie sądzisz, że nigdy by do tego nie doszło, gdybyś w trakcie porwania nie miała w sobie głębokiej nadziei na ratunek?
-Ratunek nie nadszedł - przypomniałam z goryczą. - Sama sobie musiałam być ratunkiem i dobrze widzisz jak to się skończyło, jestem karykaturą dawnej Heather.
Jak niezliczoną ilość razy wcześniej, ponownie przeanalizowałam w głowie to co wiedziałam, a raczej dowiedziałam się o swoim porwaniu.
Z powodu, którego nie znał nikt prócz mnie, co teraz nie było ani trochę pomocne, nocą opuściłam dom. Może i dałoby się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć, gdybym chociaż w chwili zaginięcia znajdowała się na własnej posesji. Tymczasem przemierzyłam naprawdę spory odcinek drogi, dochodząc niemal do granicy miasteczka. A potem zniknęłam. Dokładnie na dwadzieścia siedem dni. Tak po prostu zapadłam się pod ziemię, po czym równie prosto się odnalazłam. Wybiegłam na drogę stanową i tylko cudem nie wpadłam pod koła rozpędzonego auta.
- Z zeznań państwa Glover wynika, że bardzo kurczowo trzymałaś się swojej wolności. Niemal nie powaliłaś pana Glovera, gdy ten próbował wsadzić cię do auta. Możesz mówić co chcesz, ale gdzieś tam w głębi doskonale wiesz, że bez nadziei nie byłoby cię tu teraz. Nie siedziałabyś przede mną i nie próbowała rozwikłać zagadki swojego zaginięcia.
Nim straciłam przytomność prócz krzyków, z moich ust nie wydobyło się zbyt wiele. Prosiłam by nie pozwolili mu mnie pojmać, błagałam by nie musieć tam wracać, twierdziłam, że wcale nie jestem Heather, wypierałam się tego z ogromną stanowczością. Następnym wydarzeniem, które pamiętałam już sama było przebudzenie w szpitalu i pustka w głowie. Lekarzom nie potrafiłam już podać swojego imienia, jakiekolwiek by ono nie było. Od tamtej pory uczyłam się swojego życia na nowo. Krok po kroku. Ból za bólem. Porażka za porażką. I z całą pewnością już dawno straciłam resztki nadziei na odzyskanie tego co utraciłam. Najgorsze jednak było to, że potrafiłam tak bardzo cierpieć za rzeczy, których przecież nie zachowałam w pamięci. Tak jakby mój cały smutek brał się z próżni i jakbym nie miała prawa czuć tego co w rzeczywistości czułam. Sądzę, że zasługiwała chociażby na to. Na odkrycie powodu, dlaczego tak bardzo muszę cierpieć każdego dnia.
Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Zamrugałam kilkakrotnie i daremnie próbowałam zorientować się, gdzie właściwie się znajduję. Zawędrowałam daleko od domu i mimo, że w dalszym ciągu znajdowałam się na terenie posesji, byłam zupełnie zagubiona. Zielone światło wbrew moim przypuszczeniom już się nie pojawiło. Stałam chwilę w miejscu, wciąż czekając. Skarpetki do reszty przemokły mi od wilgoci trawy, na całym ciele pojawiła się gęsia skórka, a dreszcz raz po raz rozchodził się od podstawy kręgosłupa. Był to najlepszy moment by wrócić do domu. Zamknąć się w pokoju i wyklinać swoją totalną głupotę. A jednak wciąż stałam pośrodku lasu zastanawiając się, w którą stronę najlepiej się teraz udać. Idąc na północ tylko bym się wróciła, wschód prowadził do głównej drogi do miasteczka, pozostałe dwa kierunki z całą pewnością również miały jakiś kres, lecz ja wiedziałam tylko tyle, że jeszcze długo wędrowałabym bez celu, tylko po to by ostatecznie znaleźć się w miejscu swojego zniknięcia.
-Grypa. Tyle udało ci się osiągnąć, serdeczne gratulacje - mówienie do siebie stało się pewnego rodzaju nieodłączną częścią mojego nowego życia. Samotność nadrabiałam krytykowaniem siebie w głos. Było w tym coś cholernie żałosnego i pociesznego w jednym.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa zawracać. Gdzieś w niedalekiej odległości trzasnęła gałąź i z całą stanowczością nie była to moja zasługa. Zamarłam, spłyciłam oddech do minimum i zaczęłam nasłuchiwać. Nie czułam strachu, już prędzej niezdrowe podniecenie. Jeśli to tylko wiatr czy leśne zwierze, nic mi nie groziło. Jeśli zaś nieprawdopodobnym wręcz trafem miałam natknąć się na mojego oprawcę, w pierwszej kolejności chciałam poznać prawdę. Zapytać czy, gdy zaszedł mnie poprzednim razem, panikowałam i prosiłam o łaskę, a może byłam równie spokojna co teraz.
-No dalej, na co czekasz? - krzyknęłam w ciemność. telepiąc się z niecierpliwości.
Tak bardzo chciałam ujrzeć twarz człowieka, który zrujnował mi życie. I chciałam by on również mnie zobaczył. Teraz. Z bliska. Żeby uświadomił sobie co ze mną zrobił, jak jego działania stworzyły karykaturę dawnej osoby. A potem, potem jeśli zostałoby mi trochę psychicznej siły, być może poprosiłabym go o skończenie dzieła. Skoro zaczął, równie dobrze mógł skończyć. Niech ma w sobie na tyle honoru by zrobić to patrząc mi w oczy.
-No dalej - powtórzyłam o wiele ciszej, wściekła, że do mojego głosu wkradła się załamana nuta.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa ruszyć w stronę, z której dobiegł dźwięk i wtedy ktoś pchnął mnie na najbliższe drzewo.
-Ile wiesz? - zasapany głos dotarł wprost do mojego ucha.
Tak czy inaczej, postawiłam na swoim. Jeszcze tego samego dnia przeniosłam się do sypialni gościnnej na parterze. Pokój był znacznie mniejszy i o wiele bardziej stonowany, taki mi odpowiadał. Nie chciałam niczego w nim zmieniać, udoskonalać, przyozdabiać. Nie chciałam szukać swojego stylu. I broń Boże nie chciałam by okazało się, że mój styl wcale tak bardzo nie różni się od stylu tamtej Heather. Buntowałam się w każdy znany mi sposób, jakby to miało mnie uchronić przed zatraceniem. Pragnęłam wierzyć, że ja to ja. Że moje życie jest tylko tym co mam teraz, tym co pamiętam. I w obrębie tych czterech ścian nawet mogłam w to wierzyć. Bo ilekroć opuszczałam tą z pozoru bezpieczną przystań, wokół mnie pojawiali się ludzie. Ich oczy zawsze wyrażały żal, ich słowa były kierowane do Niej, ich czułe gesty zdawały się pogwałcać moją prywatność. Wszystko to niszczyło mnie od środka. Nie chciałam tak żyć. Jednocześnie zaś bałam się odejść, nie wiedząc jako kto właściwie odchodzę.
I choć nie pragnę się wcale usprawiedliwiać, wyjaśniać swojej głupoty, właśnie to pchnęło mnie do tego co zrobiłam. Ledwie piętnaście minut wcześniej siedziałam po turecku na łóżku i w dwóch palcach obkręcałam żyletkę. Czułam w sobie opór przed kolejnym cięciem, a jednocześnie chęć zrobienia na złość. Komu? Nie miałam pojęcia. I kiedy tak patrzyłam na ten mały kawałek metalu, w jego odbiciu ujrzałam pojedycznczy błysk. A później kolejny. I jeszcze jeden. Uniosłam głowę, pewna, że to zmęczone oczy płatają mi figle i wtedy też, ponownie zostałam oślepiona. Zielone światło przechodziło przez okno, swój początek znajdując o wiele dalej, w gęstwinie drzew otaczających posesję. Ktokolwiek je wysyłał, robił to z premedytacją. Z racjonalnego punktu widzenia powinnam była zostać na miejscu, w łóżku, w pokoju, w domu, w bezpiecznym miejscu. Nie odczułam żadnego olśnienia, sygnał świetlny nie wywołał w mojej głowie lawiny wspomnień, a jednak czułam, że muszę to sprawdzić. Odruchowo wstałam i rozejrzałam się za czymś ciepłym do okrycia, jakbym robiła to wielokrotnie wcześniej. I prawdopodobnie tak właśnie było, choć nie oznaczało to wcale, że mogłam odetchnąć z ulgą. Równie dobrze to mój porywacz perfekcyjnie znał moje przyzwyczajenia.
-Do reszty postradałaś zmysły - mruknęłam i wbrew temu co sama chciałam sobie uświadomić, otworzyłam okno. Przerzuciłam obie nogi przez parapet, a po chwili stałam już na mokrej od rosy trawie, przeklinając się w myślach już choćby za to, że w tej jakże heroicznej ucieczce z domu, zapomniałam o ubraniu butów. Cudownie, Heather. Jeśli ostatnim razem byłaś równie mądra, to nic dziwnego, że dałaś się złapać choćby podrzędnemu porywaczowi. Strateg i buntownik, to właśnie ja.
Zatrzymałam się przed kojcem. W pierwszym odruchu chciałam wypuścić psy, licząc, że w razie czego staną w mojej obronie. Szybko jednak porzuciłam ten pomysł. Zwierzęta były oddane i dobrze wytresowane, mimo to czułam przed nimi lęk. Każdy z nich trafił do nas po przejściach, zostały uratowane i otoczone opieką. Żywiły ogromną wdzięczność do moich rodziców i nie śmiem wątpić, że niegdyś żywiły ją również do mnie. Tymczasem mój strach tylko potęgował ich wewnętrzny niepokój, były niespokojne i skore do walki. A przynajmniej te z nich, które w kojcu rzeczywiście się znajdowały, bo tak się złożyło, że z czterech psów, zostały tylko trzy. Nie musiałam im się przyglądać by wiedzieć, który uciekł. Tata wspomniał kiedyś, że psy dostosowują się charakterem do właściciela. Jeśli wierzyć jego słowom osobiście wytresowałam Lune, która w krótkim czasie swą niezłomnością stała się pewnego rodzaju alfą w naszym domowym stadzie. Od mojego zniknięcia nie była posłuszna wobec nikogo, a jej nieobecność napawała mnie większym strachem niż teoretyczny porywacz. Mimo to, zdecydowałam się ruszyć dalej.
Teren wokół naszego domu był ogromny i tylko z trzech stron porządnie zabezpieczony. Czwarta część wtapiała się w las i to właśnie tam zmierzałam. Póki co drogę oświetlały mi kolorowe lampiony tworzące pewnego rodzaju ścieżkę po ogrodzie, jednak bez wątpienia światła nie starczy mi na długo. Gdy go zabraknie, pozostawało mi mieć nadzieję, że zielone światło ponownie zabłyśnie.
Nadzieja. Parsknęłam w duchu na samo to słowo.
-Musisz mieć nadzieję - matka powtarzała bez wytchnienia. - Któregoś dnia obudzisz się i wszystko wróci do normy. Spojrzysz na nas i w tym spojrzeniu będzie ciepło i miłość, które pamiętam.
Być może rzeczywiście w to wierzyła, lub po prostu, że tak to ujmę, miała nadzieję, że w to wierzy.
-To bez wątpienia dobre uczucie. Ludzie potrzebują wiary i nadzieja im jej dostarcza. Nie możesz się od tego odcinać, tylko dlatego, że teraz przechodzisz gorszy okres. - Rick pod tym aspektem niewiele różnił się od mojej rodzicielki.
-Gorszy okres? Jak możesz nazywać to w ten sposób? gorszy okres może przeżywać nastolatka, którą właśnie rzucił chłopak, a nie osoba po całkowitej utracie pamięci, bo tak się składa, że no cóż, nie doświadczyłam jeszcze tego lepszego okresu.
-Buntujesz się, to dobrze - udawał, że nie czuje wibrującej ode mnie złości. - Musisz doświadczać uczuć, w przeciwnym razie jak chcesz odnaleźć w sobie?
-Póki co czuję tylko, że nie jestem w miejscu, w którym powinnam się znaleźć, a wy szukacie nie tego co trzeba.
-Ach, tak? - Jedną z jego ulubionych metod było zadawanie pytań, by jak najdłużej słuchać moich przemyśleń. Miałam tego świadomość, co nie zmienia faktu, że nazbyt często dawałam się w to wciągnąć. Być może potrzebowałam wyrzucić z siebie myśli z góry nie pasujące do reszty. Szukałam gotowych zaprzeczeń dla swoich teorii, by resztę czasu spędzić w błogim spokoju.
-Tak. Nie zwrócono mi wolności, nie powinnam tu teraz siedzieć i snuć domysłów. Powinnam, powinnam...
Nie miałam pojęcia jak poprawnie skończyć to zdanie. Powinnam coś robić, tylko co. Powinnam gnić w zamknięciu? Powinnam walczyć? Powinnam nie żyć? A może coś jeszcze innego. Nie wiedziałam.
-Mimo to, teraz przede mną siedzisz. Nie sądzisz, że nigdy by do tego nie doszło, gdybyś w trakcie porwania nie miała w sobie głębokiej nadziei na ratunek?
-Ratunek nie nadszedł - przypomniałam z goryczą. - Sama sobie musiałam być ratunkiem i dobrze widzisz jak to się skończyło, jestem karykaturą dawnej Heather.
Jak niezliczoną ilość razy wcześniej, ponownie przeanalizowałam w głowie to co wiedziałam, a raczej dowiedziałam się o swoim porwaniu.
Z powodu, którego nie znał nikt prócz mnie, co teraz nie było ani trochę pomocne, nocą opuściłam dom. Może i dałoby się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć, gdybym chociaż w chwili zaginięcia znajdowała się na własnej posesji. Tymczasem przemierzyłam naprawdę spory odcinek drogi, dochodząc niemal do granicy miasteczka. A potem zniknęłam. Dokładnie na dwadzieścia siedem dni. Tak po prostu zapadłam się pod ziemię, po czym równie prosto się odnalazłam. Wybiegłam na drogę stanową i tylko cudem nie wpadłam pod koła rozpędzonego auta.
- Z zeznań państwa Glover wynika, że bardzo kurczowo trzymałaś się swojej wolności. Niemal nie powaliłaś pana Glovera, gdy ten próbował wsadzić cię do auta. Możesz mówić co chcesz, ale gdzieś tam w głębi doskonale wiesz, że bez nadziei nie byłoby cię tu teraz. Nie siedziałabyś przede mną i nie próbowała rozwikłać zagadki swojego zaginięcia.
Nim straciłam przytomność prócz krzyków, z moich ust nie wydobyło się zbyt wiele. Prosiłam by nie pozwolili mu mnie pojmać, błagałam by nie musieć tam wracać, twierdziłam, że wcale nie jestem Heather, wypierałam się tego z ogromną stanowczością. Następnym wydarzeniem, które pamiętałam już sama było przebudzenie w szpitalu i pustka w głowie. Lekarzom nie potrafiłam już podać swojego imienia, jakiekolwiek by ono nie było. Od tamtej pory uczyłam się swojego życia na nowo. Krok po kroku. Ból za bólem. Porażka za porażką. I z całą pewnością już dawno straciłam resztki nadziei na odzyskanie tego co utraciłam. Najgorsze jednak było to, że potrafiłam tak bardzo cierpieć za rzeczy, których przecież nie zachowałam w pamięci. Tak jakby mój cały smutek brał się z próżni i jakbym nie miała prawa czuć tego co w rzeczywistości czułam. Sądzę, że zasługiwała chociażby na to. Na odkrycie powodu, dlaczego tak bardzo muszę cierpieć każdego dnia.
Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Zamrugałam kilkakrotnie i daremnie próbowałam zorientować się, gdzie właściwie się znajduję. Zawędrowałam daleko od domu i mimo, że w dalszym ciągu znajdowałam się na terenie posesji, byłam zupełnie zagubiona. Zielone światło wbrew moim przypuszczeniom już się nie pojawiło. Stałam chwilę w miejscu, wciąż czekając. Skarpetki do reszty przemokły mi od wilgoci trawy, na całym ciele pojawiła się gęsia skórka, a dreszcz raz po raz rozchodził się od podstawy kręgosłupa. Był to najlepszy moment by wrócić do domu. Zamknąć się w pokoju i wyklinać swoją totalną głupotę. A jednak wciąż stałam pośrodku lasu zastanawiając się, w którą stronę najlepiej się teraz udać. Idąc na północ tylko bym się wróciła, wschód prowadził do głównej drogi do miasteczka, pozostałe dwa kierunki z całą pewnością również miały jakiś kres, lecz ja wiedziałam tylko tyle, że jeszcze długo wędrowałabym bez celu, tylko po to by ostatecznie znaleźć się w miejscu swojego zniknięcia.
-Grypa. Tyle udało ci się osiągnąć, serdeczne gratulacje - mówienie do siebie stało się pewnego rodzaju nieodłączną częścią mojego nowego życia. Samotność nadrabiałam krytykowaniem siebie w głos. Było w tym coś cholernie żałosnego i pociesznego w jednym.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa zawracać. Gdzieś w niedalekiej odległości trzasnęła gałąź i z całą stanowczością nie była to moja zasługa. Zamarłam, spłyciłam oddech do minimum i zaczęłam nasłuchiwać. Nie czułam strachu, już prędzej niezdrowe podniecenie. Jeśli to tylko wiatr czy leśne zwierze, nic mi nie groziło. Jeśli zaś nieprawdopodobnym wręcz trafem miałam natknąć się na mojego oprawcę, w pierwszej kolejności chciałam poznać prawdę. Zapytać czy, gdy zaszedł mnie poprzednim razem, panikowałam i prosiłam o łaskę, a może byłam równie spokojna co teraz.
-No dalej, na co czekasz? - krzyknęłam w ciemność. telepiąc się z niecierpliwości.
Tak bardzo chciałam ujrzeć twarz człowieka, który zrujnował mi życie. I chciałam by on również mnie zobaczył. Teraz. Z bliska. Żeby uświadomił sobie co ze mną zrobił, jak jego działania stworzyły karykaturę dawnej osoby. A potem, potem jeśli zostałoby mi trochę psychicznej siły, być może poprosiłabym go o skończenie dzieła. Skoro zaczął, równie dobrze mógł skończyć. Niech ma w sobie na tyle honoru by zrobić to patrząc mi w oczy.
-No dalej - powtórzyłam o wiele ciszej, wściekła, że do mojego głosu wkradła się załamana nuta.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa ruszyć w stronę, z której dobiegł dźwięk i wtedy ktoś pchnął mnie na najbliższe drzewo.
-Ile wiesz? - zasapany głos dotarł wprost do mojego ucha.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)