Trzy dni później, gdy już czułam się dostatecznie zdrowo, wprowadziłam swój plan w życie.
-Skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać?
Pytanie go zabolało. Przez jedną krótką chwilę wydawał się autentycznie wstrząśnięty.
-Bo tamtej nocy do mnie napisałaś - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. Jeśli byliśmy bliskimi przyjaciółmi mógł wyciągnąć tysiące argumentów przemawiających na jego korzyść, powiedzieć coś z czym nie mogłabym się sprzeczać. I spośród tylu możliwości celowo wybrał to, co jedynie wzbudziło moją ciekawość. - Zrobiłabyś to, nie ufając mi?
Chwyciłam stojący między nami termos z gorącym kakaem i przelałam trochę do jednego z dwóch kubków. Ścisnęłam kubek oburącz. Parzyło, ale to dobrze. Ból pozwalał mi się skupić, nadawał jasność umysłu, zaś w tej chwili potrzebowałam tego bardziej niż czegokolwiek. Wszystko wokół mnie zaczynało się sypać, cały mój na nowo zbudowany świat właśnie walił się w gruzach. Stabilizacja, którą mi wmawiano okazała się fikcją. Zamknięto mnie w małej bezpiecznej klatce, odciągnięto od tego co według innych było złe i nikt nie pokwapił się z pytaniem, czy to jest to czego naprawdę pragnę.
-Nie wiem co tamta ja by zrobiła - zaczęłam ostrożnie. Palce zaczynały mi lekko drżeć, prosząc o moment wytchnienia, ale wiedziałam, że jeśli ulegnę, nie dam rady utrzymać się w ryzach. Za dużo emocji przelatywało przez moją głowę, za dużo uczuć, z którymi nie radziłam sobie nawet pod opieką psychiatry, leków oraz własnych metod.
-Nie pamiętasz kim jesteś, co nie znaczy, że nie pamiętasz jaka jesteś. Nie myl tych dwóch rzeczy, a tym bardziej ich ze sobą nie łącz.
-To znaczy?
-Straciłaś tylko wspomnienia. Nie pamiętasz co jadłaś na obiad siedem miesięcy temu, lecz gdyby podano ci teraz zapiekankę z brokuł, gwarantuję, że zareagowałabyś tak samo jak zawsze. To co najważniejsze zostało, musisz tylko nauczyć się to zauważać i do cholery jasnej... odstaw w końcu ten kubek, nie rób ze mnie ślepca.
Odruchowo mocniej ścisnęłam gorące szkło, jednak coś w jego głosie zmusiło mnie do poddania się. Nie znałam go, nie zależało mi na jego względach, a mimo to nie mogłam nie wykonać jego polecenia. Ręce miałam czerwone i delikatnie spuchnięte, szybko ukryłam je pod fałdami kardiganu, zupełnie bezwiednie. Nie chodziło przecież o to, że jego karcący wzrok zrobiłby na mnie jakiekolwiek wrażenie. Co to, to nie.
-Co napisałam?
-Słucham?
-Co napisałam do ciebie tamtej nocy? - powtórzyłam, nieco bardziej precyzując.
Zmieszał się. Było to o tyle dziwne, że prawdopodobnie mógł się spodziewać takiego pytania. Wyciągnął to jako argument, po czym wyglądał jakby wahał się czy mi odpowiedzieć. Rick powiedział mi kiedyś, że długi namysł nierzadko oznacza próbę zatajenia faktów. Sama nie raz tak robiłam, gdy pytał czy regularnie przyjmuję leki. Potrzebowałam chwili, by moja odpowiedź była z grubsza dyplomatyczna i wcale niewykluczająca możliwości, że faktycznie stosuję się do recept. W tym momencie Dean też chciał odpowiedzieć mi tak jak było najwygodniej i nie ukrywam, że mocno mnie to zabolało.
-Jeśli chcesz skłamać, już teraz możemy skończyć rozmowę.
-Poprosiłaś o spotkanie, odmówiłem. Byłaś uparta, twierdziłaś, że to ważne, ale wtedy... to nie był dobry czas. Odmówiłem ponownie i do dziś dnia tego żałuję. Gdybym przełknął dumę, być może Angie nadal by żyła, a ty byłabyś przez cały ten czas bezpieczna i z niepokiereszowaną pamięcią.
W trakcie, kiedy mówił, nie mogłam nie zauważyć, że ma tendencję do skubania kciuka palcem wskazującym. Było w tym coś prawdziwego i choć skłamałabym twierdząc, że znałam ten tik, sama czynność wywoływała we mnie momentalne rozproszenie. Nie mogłam skupić się na niczym innym niż obserwowaniem tego co robi, jak to robi, co temu towarzyszy. W słabym świetle kilku elektrycznych świeczek rozstawionych dookoła nas, nie było to zadanie proste, co jedynie sprawiało, że tym bardziej nie mogłam się oprzeć. Siedział po turecku, tak samo jak ja. Stary domek na drzewie przy skraju mojej posiadłości nie zachęcał wygodami większymi niż zakurzona drewniana podłoga. Mogłam się domyślać, że za czasów świetności tego miejsca było tu dużo przytulniej, teraz został tylko brud i strzępy starych firanek. Byłam ciekawa jak wiele wspomnień wiązało mnie z tym miejscem, a jeszcze bardziej jak wiele wspomnień wiązało to miejsce ze mną, Deanem i... sama myśl wydawała się mrozić mi krew w żyłach. I z dziewczyną, która była martwa być może z mojego powodu. Z Angie. Angie. Imię kurczowo wpijało się w mój umysł, tak bym już nigdy, pod żadnym pozorem nie ważyła się o nim zapomnieć.
Roztrzęsiona, ponownie skupiłam się na osobie Deana. Nie wiedziałam czy mogę czuć się przy nim bezpiecznie, ani czy w ogóle tego chcę, faktem jednak było, że w tej ponurej scenerii i w tych ponurych myślach, stanowił jedyne światło. Był delikatnie przygarbiony, łokcie opierał się o kolana. Palce prawej dłoni, długie i zadbane, wciąż powtarzały ten sam, monotonny tik. Twarz miał skupioną, jego ciepłe brązowe oczy, których koloru nie mogłam teraz dostrzec, lecz które pamiętałam równie dokładnie od chwili naszego ponownego pierwszego spotkania, przeskakiwały to na mnie to na ścianę naprzeciw, jakby jeszcze nie zdecydowały, gdzie się zatrzymać. Usta nerwowo zaciskał w wąską linię, co świadczyło przede wszystkim o poczuciu winy, a w tym wypadku również niezręczności wiążącej się z przebiegiem kulawej rozmowy między dwojgiem z pozoru zaprzyjaźnionych ludzi. W końcu spostrzegł, że patrzę na niego nieco dłużej niż wypada i w akcie obrony potrząsnął głową. Przydługie kępy ciemnych włosów automatycznie zasłoniły mu widok.
-Dlaczego mi się przyglądasz?
-Próbuję cię poznać - komizm sytuacji stanowił fakt, że dokładnie taki sam dialog przerobiłam z moim psychiatrą przy pierwszym spotkaniu. To nie mogło świadczyć o mnie najlepiej.
-Więc jakie wnioski?
-Jeszcze nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Jedyne co widzę, to to, że niespecjalnie chcesz tu teraz być. Albo chcesz, tylko, że wszystko skutecznie cię do tego zniechęca. Idea była dobra, wykonanie też, ale ostatecznie, nie na to liczyłeś.
-Wątpię czy jestem w stanie postawić się w twojej sytuacji. Wątpię również, że ty jesteś w stanie postawić się w mojej.
-Każdy...
-Ja nie jestem każdy - przerwał mi ostro. - Mnie ta sprawa dotyczy w prawie takim samym stopniu jak ciebie. Tamtej nocy powinienem być z wami, zawaliłem. Napisałaś do mnie w momencie, gdy pakowałem się na uczelnię. Nic nie stanowiło większego problemu żebym przełożył wyjazd, mimo to wróciłem do siebie. Następnego dnia rano obudził mnie telefon od płaczącej mamy. Angie została znaleziona w lesie, martwa. Twojego ciała nie odnaleziono, istniała nadzieja, że żyjesz. Od tamtej pory byłem tu tylko dwa razy. Na pogrzebie siostry i później, gdy oficjalnie ogłoszono twój powrót. Wsiadłem w samolot i przyleciałem, ale wtedy rodzice odesłali mnie z powrotem, twierdząc, że jest jeszcze za wcześnie i nie powinienem cię męczyć. Na tamtą chwilę wystarczyła mi tylko świadomość, że chociaż ty jedna jesteś bezpieczna. Wyczekałem tyle ile uważałem za stosowne i proszę, znów jestem. Jednak to co usłyszałem, dalej nie mogę w to uwierzyć. Powiedzieli, że nie mogę się z tobą spotkać, bo nie będziesz wiedziała kim jestem. Nie z powodu utraty pamięci, ale dlatego, że nikt nie powiedział ci o Angie. Musisz mi uwierzyć, Heather. Moja siostra, ty i ja, byliśmy kimś więcej niż tylko przyjaciółmi. A teraz Angie nie żyje, a ty nawet nie wiesz ile oboje straciliśmy.
-Niepamięć boli znacznie bardziej - z jakiegoś powodu chciałam się bronić, choć przecież nic mi nie zarzucał, jedynie stwierdzał fakt.
-Dlatego chcę ci pomóc, a właściwie... chcę pomóc nam obojgu. Też potrzebuję odpowiedzi, nie mogę żyć z myślą, że ten bydlak nadal gdzieś tu jest, obserwuje nas i nie może się nadziwić jakim cudem to wszystko mu się upiekło.
Zacisnął gniewnie pięści, jakby gotów w każdej chwili ich użyć. Wyraźnie było widać, że okres żałoby jeszcze go nie opuścił. Był gniewny, oczekiwał zemsty i wydawało mu się, że cały wszechświat potajemnie temu sprzyja. Że nagle znikąd zaczną pojawiać się tropy i kwestią paru chwil jest doprowadzenie sprawy do końca. Nadzieje jak najbardziej naiwne, lecz uzasadnione. Ja też na samym początku liczyłam na szybki koniec. To czas nauczył mnie, że nadzieja jest złudna, a świat nie stanowi czarno-białej planszy. Dobrzy ludzie cierpieli, umierali, odchodzili. Źli ludzie spoglądali na to z szyderczym uśmiechem, ich ten świat nie dotyczył. Ból był nieznaną im abstrakcją. Oni go wyśmiewali, ja nim żyłam.
-Policja od pięciu miesięcy szuka sprawcy, nie sądzę, że jesteś w stanie lepiej poprowadzić śledztwo.
-Ja nie, ale my tak - wyprostował się gwałtownie, z iskierkami ekscytacji w oczach. Nie sądzę żebym kiedykolwiek była w stanie przyzwyczaić się do zmienności jego nastrojów. - Razem wiemy więcej niż jakikolwiek policjant.
-Nie wiem jaki zakres obejmuje twoja wiedza, lecz jakbyś zapomniał moja jest nieco uszczuplona i zapewniam, że...
Wiatr zawiał znacznie mocniej niż wcześniej, wprawiając strzępy firanek w ruch. Falujący materiał przykuł moją uwagę do tego stopnia, że myśl, którą planowałam wygłosić zupełnie wyleciała mi z głowy. Zamiast tego pojawiło się coś innego. Nie, nie wspomnienie. Takowe nigdy nie wracały. Jedynie ich cień, cichy głosik, który podpowiadał, że już kiedyś to przeżyłam. Ponoć mój mózg w taki sposób radził sobie z rozładowaniem emocji związanych z przeżyciami, których pechowo nie miałam szans pamiętać. Kalejdoskop głęboko zakorzenionych uczuć, chcących dać o sobie znać. Czasami odczuwałam to jako coś przyjemnego, wiążącego mnie z dobrymi chwilami mojego życia. Jak wtedy, gdy na nowo pierwszy raz przytuliłam tatę i choć czułam, że wtulam się w zupełnie obcego mężczyznę, coś nie pozwalało mi się odsunąć i ustąpić miejsca całkowitemu zmieszaniu. Nie twierdzę, że tamta chwila nie była dla mnie niekomfortowa, po prostu nie była też aż tak okropna jak mogłam się spodziewać.
Natomiast teraz było inaczej. Ucisk w gardle pojawił się z nienacka, a trwał być może przez ułamek sekundy. Nie więcej. Przełykając ślinę odwróciłam głowę od okna, szukając wzrokiem czegoś milszego. W głowie wciąż tłumaczyłam swoim głupim myślom, że to tylko klaustrofobia daje o sobie znaki. Domek był maleńki, spokojnie mógł pomieścić trójkę dzieci i trochę zabawek, ale przy dwóch dorosłych osobach sprawa przybierała gorszy obrót. Wybrałam go, bo znajdował się z dala od domu, ale wciąż na bezpiecznym gruncie. Dodatkowo pocieszała mnie świadomość, że klapa stanowiąca kiedyś drzwi zwyczajnie już nie istniała, toteż w napadzie paniki moja ewakuacja mogła przebiec naprawdę szybko.
-Wszystko w porządku? - Dean nachylił się w moją stroną, wyraźnie zaniepokojony. Pewnie minie trochę czasu nim w pełni się przyzwyczai, że delikatnie mówiąc jestem zaburzona.
-W najlepszym - uśmiech firmowy numer cztery, proszę. Żartuję. Mogłam być porąbana na wiele sposobów, no i w sumie tak właśnie było, ale jeszcze mi się nie zdarzyło szczerzyć do kogokolwiek tylko po to by wziął mnie za mniej porąbaną. W tym jednym byłam szczera ze sobą i całą resztą świata.
-Musisz być bardzo zmęczona, dochodzi trzecia nad ranem - zerknął na swój zegarek, chyba bardziej z przyzwyczajenia, niż chęci podania dokładnej godziny, bo wątpię by w tych ciemnościach wiele zobaczył.
-Nie sypiam.
-W ogóle?
-Tak jakby.
Dlaczego to powiedziałam? Dlaczego nie mogłam po prostu przytaknąć i stąd wyjść? Dlaczego nie mogłam skończyć tego cholernie dziwnego spotkania jednym małym kłamstwem?
-Sprecyzuj. - Odniosłam wrażenie, że jest tym naprawdę zainteresowany, jakbym była bardzo interesującym okazem w zoo.
-Odkąd wróciłam mój sen... moje sny, wydawać by się mogło, że tylko śpiąc mogę odpocząć od tego całego bałaganu. Ale to nieprawda. Moje sny są płytkie, byle szmer potrafi mnie zbudzić, zaś po przebudzeniu, wiem, że śnię, najzwyczajniej w świecie to wiem, ale nigdy nie jestem w stanie zapamiętać choćby ułamka z tego o czym. To nieznośne i po pewnym czasie skutecznie odpędza chęć zaśnięcia.
Jeśli w marzeniach sennych przeżywałam coś ekscytującego, nie czułam żalu skoro, tak czy inaczej nie mogłam tego zapamiętać. Jeśli śnił mi się koszmar, cóż, mechanizm działał identycznie, z tą różnicą, że prawdziwy koszmar czekał mnie właśnie po przebudzeniu. Każdej nocy, każdego poranka. Bez względu na porę, mój koszmar trwał i trwał i trwał. A co gorsza, nie sposób było się do tego przyzwyczaić.
-W takim razie będziemy rozmawiać - żadnego przykro mi, kiepska sprawa, czy choćby pytania co na to mój psychiatra. Nic co mogłoby wskazywać, że jestem obiektem współczucia.
-Chcesz przegadać ze mną całą noc? - Zapytałam podejrzliwie, jakby w każdej chwili miał wybuchnąć śmiechem i stwierdzić, że to tylko taki żart, którego mój spaczony mózg nie jest w stanie pojąć.
-Tą i następną, ile będzie trzeba. W końcu będziesz tak wymęczona moją osobą, że sen stanie się prawdziwym ratunkiem. Nie przed tym pojebanym światem, tylko zwyczajnie przede mną.
Nie mogłam się nie zaśmiać. Naprawdę nie mogłam. Chyba właśnie tak czuła się tamta Heather rozmawiając z bliskimi. Nikt nie patrzył na nią, to znaczy na mnie, choć wciąż ciężko było mi to pojąć, jak na zwykłego człowieka. Jakby bezsenność była tylko bezsennością, a nie wynikiem zrujnowanego życia.
-Chyba nie wiesz na co się piszesz - rzuciłam obronnie, choć jego słowa były tak naprawdę najmilszymi jakie ostatnio udało mi się usłyszeć.
-Prawdopodobnie nie, ale czym byłoby życie, gdybyśmy od razu wszystko wiedzieli?
-Zapytaj może, czym byłoby życie, gdybyśmy od razu wszystko zapomnieli?
-Wtedy musiałabyś mi odpowiedzieć, a nie jest to temat, który planuję dzisiaj poruszać. Zostawimy go na bardziej dogodną porę.
-W takim razie o czym planujesz rozmawiać teraz?
-Będzie to całkiem zabawna opowieść, o dziewczynce, która złamała mi nos, zaraz po tym jak ja złamałem jej ukochaną niebieską kredkę i z braku innych możliwości swoje niebo musiała pokolorować na wyjątkowo jaskrawy odcień różu.
-W takim razie zamieniam się w słuch.
I słuchałam. Słuchałam w najwyższym skupieniu o małej wojowniczce, tak zakochanej w drewnianych kredkach, że gotowa była za nie zabić. I tak upartej w dążeniu do celu, że za nic nie pozwoliła sobie nie dokończyć swojego małego dzieła sztuki, nawet jeśli musiała zrobić to w zupełnie nieplanowany sposób. I jak wyszło z tego coś pięknego. Przynajmniej jeśli zawierzyć słowom pewnego bajkopisarza.