Istnieją trzy rodzaje pamięci długotrwałej.
Pamięć semantyczna odpowiadająca za wiedzę ogólną, fakty, język. Pamięć proceduralna, inaczej zwana ruchową, w jej skład wchodzą wszelkie działania oraz umiejętności, które wytworzyły ścieżki neuronowe. I pamięć epizodyczna, to właśnie ona w największej mierze nas charakteryzuje. W niej znajdują się wszystkie przeżyte rzeczy, ludzie, rozmowy, własna tożsamość. Nasze jestestwo.
Nazywam się Heather Price.
Urodziłam się 12 maja 1996r.
Moi rodzice to Thomas i Jolie Price.
A przynajmniej tak mi powiedziano, w to kazano mi wierzyć, więc wierzyłam. Moja pamięć epizodyczna uległa zniszczeniu. Mając osiemnaście lat czułam się niczym nowo narodzone dziecko próbujące połapać się w tym na skroś szalonym życiu.
-Heather? Znowu gorzej się czujesz?
Spojrzałam na Ricka O'Connera, sądownie przydzielonego mi psychiatrę. Nasze sesje miały ponoć kluczowe znaczenie w rozwiązaniu tajemnicy mojego porwania i amnezji związanej z powrotem. W mniejszym stopniu miały również poprawić moją kondycję psychiczną i tak się składało, że w obu przypadkach szło fatalnie. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu od prawie czterech miesięcy, zaś niewiele wniosło to do jednej jak i drugiej sprawy.
-Nie miewam już myśli samobójczych, jeśli o to pytasz - skłamałam i on bardzo dobrze o tym wiedział. Wiedział też, że nie odważę się na ten krok, przynajmniej nie teraz.
-Twoje nadgarstki mówią co innego - zauważył miękko.
-Nieprawda. Sam mi powiedziałeś, że póki tnę w poprzek żył, wcale nie chcę się zabić, a jedynie wykazuję zapędy masochistyczne.
-Co nie zmienia faktu, że te cięcia również mogą skończyć się tragicznie.
Odwróciłam głowę, wzrok w całości skupiając na półce wiszącej przy drzwiach. Niemal na pamięć znałam każdy listek stojącej na niej paproci, każdą krzywiznę spoczywającej obok figurki, a gdybym bardziej się postarała to może nawet zapamiętałabym każdy pojedynczy tuman kurzu na obu tych rzeczach. Patrzyłam w to miejsce zawsze, gdy chciałam skończyć temat. Już dawno się nauczyłam, że milczeniem i ignorancją osiągnę znacznie więcej niż wymijającymi odpowiedziami i błaganiami o zmianę kierunku rozmowy.
-Przepiszę ci mocniejsze leki, może tym razem dobrze trafimy - teoretycznie mówił do mnie, ale w praktyce wiedziałam, że to siebie chce podnieść na duchu. W całej swojej karierze jeszcze nie zdarzyło mu się zawieść. Biorąc moją sprawę również liczył na szybki sukces, tymczasem niemal nie ruszyliśmy z miejsca.
-Nie męczy cię to już? Raz po raz wałkujemy to samo. Czas, który na to poświęcamy mógłbyś znacznie lepiej zorganizować. Twoja dziewczyna musi być niepocieszona, że tak ją zaniedbujesz.
-Sprytnie, wydobywanie ze mnie prywatnych informacji idzie ci coraz lepiej, ale w dalszym ciągu podkreślam, że chodzi tu o ciebie, nie o mnie. To twoje życie jest tematem naszych rozmów.
Westchnęłam, wcale nie tak bardzo rozczarowana. Od początku naszych sesji próbowałam choć trochę rozpracować Ricka, jak do tej pory z marnym skutkiem. Na palcach jednej ręki zliczę ile razy udzielił mi odpowiedzi.
-Czyli dziewczyny brak - podsumowałam, jeszcze raz próbując go podpuścić. Może i było to z mojej strony nachalne, ale nie mogłam zaprzeczyć, że czułam się momentami oszukana spędzając tyle czasu z człowiekiem, który był dla mnie zupełnie obcy, podczas, gdy on znał z mojego życia szczegóły, których ja nawet nie pamiętałam. Zupełny brak sprawiedliwości.
-Odbiegamy od tematu. Dowiedziałaś się czegoś nowego? - A więc wkroczyliśmy w drugi tor naszego spotkania. Ciężko było mi ocenić, którego tematu nie cierpiałam bardziej.
-Cierpię na klaustrofobię - odpowiedziałam bez większego zaangażowania. Co tydzień zadawał dokładnie to samo pytanie, czasami potrafiłam udzielić odpowiedzi, czasami nie. Nigdy jednak nie była to informacja wystarczająco istotna by w jakiś sposób ruszyć naprzód.
-Bardzo dobrze, a czy wcześniej również bałaś się niewielkich przestrzeni?
-Rodzice twierdzą, że nie.
-Wobec tego możemy przypuszczać, że to cecha nabyta w trakcie twojego zniknięcia.
-Sugerujesz, że byłam przetrzymywana w jakiejś komórce?
-Możliwości jest wiele, aczkolwiek nie wykluczam i takiej opcji. Fobie są z reguły cechami przydzielonymi nam od narodzin, rzadko się zdarza by miały podłoże traumatyczne, co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Jeśli więc wcześniej nie wykryto u ciebie podobnego lęku, można przypuszczać, że jest właśnie tak jak sugerujesz.
-Tylko jaki w tym cel? - zapytałam cicho, sama nie wiedząc do kogo adresuje pytanie. Do siebie czy Ricka.
Niezbyt często wykazywałam żywe zainteresowanie sprawą. Nie chodzi o to, że nie byłam ciekawa. Oczywiście, że byłam. Lecz równocześnie miałam nieodparte wrażenie, że zagadka, którą tak usilnie staram się rozwikłać nie ma nic wspólnego ze mną, dotyczy zupełnie obcej osoby. Gdyby w szpitalu wmówiono mi, że uderzyłam się w głowę w drodze do szkoły i stąd ta amnezja, uwierzyłabym. Dlaczego nie? O wiele łatwiej pogodzić się z takim stanem rzeczy. Zamiast tego musiałam zmierzyć się z brutalną, a w dodatku pozostawiającą wiele niewiadomych prawdą. Tylko ja jedna wiedziałam kto jest moim porywaczem i jak na ironię ta wiedza utkwiła gdzieś w martwej strefie mojego mózgu. Jedno było pewne, kimkolwiek ten człowiek był, musiał zaśmiewać się do rozpuku. Nie byłam dla niego najmniejszym zagrożeniem, mogłam minąć go na ulicy i zapytać o godzinę, a to niczego by nie zmieniło. A mimo to policja nie chciała odpuścić. Wciąż wierzyła, że te marne dwie godziny tygodniowo przyniosą jakieś rezultaty.
-Co masz na myśli? Jaki cel w czym?
-Sam pomyśl. Sprawca przez miesiąc przetrzymuje mnie w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu. Nie wykorzystuje seksualnie, nie żąda okupu. Wobec tego powstaje zagwozdka, po co to wszystko? Brakowało mu towarzystwa? Nie miał z kim pograć w karty?
-A może byłaś świadkiem czegoś, czego nie powinnaś zobaczyć? - podsunął z absurdalną dawką nadziei, jakby to był klucz do odpowiedzi, jakbym miała przytaknąć, coś sobie uświadomić.
-Nie. - Nadzieja zgasła w jego oczach. - Gdybym rzeczywiście była niepożądanym świadkiem po prostu by mnie zabił. Nie byłoby sensu w przetrzymywaniu mnie, zawsze istniało przecież ryzyko, że ucieknę. Wówczas odpowiadałby nie tylko za zbrodnię, którą ujrzałam, ale i porwanie.
-Zbrodnia i porwanie to zawsze mniej niż zbrodnia i morderstwo. Skoro tak czy inaczej groziło mu więzienie, co miał do stracenia?
-Bardzo dużo - nie rozumiałam dlaczego tak bardzo bronię swojej teorii, coś jednak nie pozwalało mi odpuścić. Wiedziałam, że mam rację. - Gdy mnie odnaleźliście...
-Gdy sama wróciłaś, Heather - poprawił mnie odruchowo.
Prosto zniknęłam i prosto się odnalazłam. A może nie było w tym nic prostego, bardziej niż pewne, że kryła się za tym skomplikowana historia. Nikt z nas jej jednak nie znał. Wiedzieliśmy tylko, że zniknęłam w środku nocy, wiele kilometrów od domu. To nie był włamanie, dobrowolnie opuściłam posesję i rowerem dotarłam na miejsce zniknięcia. Dlaczego? To pozostawało zagadką. A dwadzieścia siedem dni później, odnalazłam się. Ot tak. Przez cały ten czas policja próbowała złapać mój trop, aż któregoś poranka wyskoczyłam przy drodze stanowej na nadjeżdżające auto. Wykrzykiwałam jakieś bzdury, aż w końcu straciłam przytomność, zaś po ocknięciu nie pamiętałam już nic.
-W porządku, gdy wróciłam byłam wygłodzona, ale nie zagłodzona. Brudna, ale nie bardziej niż po dzikiej ucieczce przez las. Lekarze zgodnie orzekli, że warunki, w których przebywałam nie były nieludzkie. Dbano o mnie. Jeśli więc zostałam porwana by nie wydać sprawcy zbrodni, dlaczego postarano się by niczego mi nie brakowało? To nie ma sensu.
-Wobec tego co sugerujesz?
-Nie wiem - pokręciłam zrezygnowana głową. - Obawiam się jedynie, że motyw mojego porywacza jest wciąż aktualny. Nie wypuścił mnie, uciekłam, przerwałam plany, które wokół mnie tworzył i do których może chcieć wrócić.
Gabinet opuściłam z ciężkim sercem. Mogłam się mylić w wielu kwestiach, ale po raz pierwszy od powrotu poczułam właściwy strach. Ten sam strach, który rzekomo powinnam odczuwać od samego początku, wywołany traumą i niepewnością. Nie było jednak wspomnieć, nie było traumy, a niepewność dotyczyła nas wszystkich. Teraz zaś, gdy wypowiedziałam swoje obawy na głos, zagrożenie stało się o wiele bardziej realne. Mój oprawca był na wolności, a ja choćbym bardzo chciała nie byłam w stanie go rozpoznać. Wcześniej zapewniałam samą siebie, że jestem mu niepotrzebna. Nie musi mnie szukać, bo jeśli nie jest totalnym odludkiem, to i do niego dotarły wieści o mojej amnezji. Chyba nie było gazety, która by o tym nie trąbiła. Przynajmniej tak słyszałam, bo stanowczo zabroniono czytać mi artykułów na ten temat. To mogło zaburzyć moją ocenę sytuacji i utrudnić śledztwo, tak mi powtarzano. W każdym razie porywacz mógł się czuć bezpiecznie z moim zanikiem pamięci pod warunkiem, że zależało mu tylko na pozostaniu nieuchwytnym. Jeśli jednak miałam rację i chodziło o coś więcej, w tym wypadku mógł mnie chcieć nadal, bez znaczenia na stan mojego mózgu.
-Jak sesja?
Wyrwana z zamyśleń, nie od razu rozpoznałam głos. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że to Dylan Horne, praktykant.
-Mniej więcej tak samo jak zawsze - wzruszyłam ramionami.
-Nic nowego w sprawie? - okej, rozumiem, że chciał być miły, ale jego pytania naprawdę zaczynały działać mi na nerwy.
-Moja pokiereszowana pamięć nie bardzo chce współpracować z policją. Jeszcze trochę, a oskarżą mnie o utrudnianie śledztwa, kto wie ile mi za to grozi.
Chciałam żeby moja uwaga wypadła jak najbardziej ironicznie, ale odwrotnie do tego, Dylan zaczął się śmiać. Jak na osobę zdiagnozowaną jako aspołeczna, zadziwiająco trudno szło mi odstraszanie ludzi.
-To musi być strasznie nudne. Na dobrą sprawę jest tyle rzeczy, którymi ponownie możesz się zaciekawić, a oni jedyne co wpychają do twojej głowy to żargon policyjny i kodeks karny. W takim tempie za rok będziesz mogła się ubiegać o miejsce w akademii policyjnej.
-Wątpię, jeśli mam się spotykać z podobnymi przypadkami do mojego to już teraz serdecznie podziękuję.
-Twój przypadek jest jedyny w swoim rodzaju, ciężko byłoby się natknąć na coś równie zdumiewającego - jeszcze nie do końca odnajdywałam się w nowej rzeczywistości, ale jeśli on właśnie nie próbował ze mną flirtować, to sama nie wiedziałam jak to nazwać.
-No tak, hmm... w każdym razie na mnie już pora.
-Jasne, rozumiem. Chciałem tylko powiedzieć, że gdybyś chciała kiedyś pogadać, to znaczy z kimś kto nie jest twoim psychologiem, to ja... po prostu chętnie na to przystanę.
Zupełnie straciłam rezon. W kontaktach międzyludzkich miałam dość marne doświadczenie, ograniczało się do rodziców, psychologa i załogi komisariatu. To byli ludzie, z którymi chcąc nie chcąc spędzałam znaczną część czasu, do których miałam zaufanie. W tym nowym dla mnie świecie nie było miejsca na życie towarzyskie. Nie wspominając już nawet, że moja matka dostawała ataku paniki na sam pomysł mojego opuszczenia domu bez nadzoru. Stwierdziłam jednak, że nadopiekuńczość rodzicielki to w tym wypadku kiepska wymówka. Zamiast tego podziękowałam najszczerzej jak było mnie stać i uciekłam nim nie daj Boże padła kolejna propozycja domniemanej randki, bo tak to chyba mogłam nazwać.
Przed budynkiem spodziewałam się spotkać tatę, jak po każdej wtorkowej sesji. Tymczasem zamiast jego czarnej Toyoty, w oczy rzuciła mi się seledynowa Mazda mamy. Zmarszczyłam brwi, nieprzygotowana na tą zmianę. W moim nowym życiu niespodzianki były jak najbardziej niepożądane. Lubiłam mieć wszystko poukładane, panować nad tym co się wokół mnie dzieje. Zaś w sytuacjach takich jak ta, bardzo dosadnie docierało do mnie, że to tylko złudzenie. A ja chciałam samej prawdy, tylko ona mogła przywrócić wszystko do normalności. Bez znaczenia jak bardzo bolesna miałaby się okazać.
-Jeśli zapytasz mnie jak było, od razu wysiadam - uprzedziłam na wstępie. Tak czy inaczej dowie się od Ricka jak przebiegła dzisiejsza sesja, w tym wypadku coś takiego jak tajemnica lekarska nie obowiązywało, ja natomiast nie chciałam się powtarzać. - Gdzie tata?
-Musiał zostać dłużej w pracy, nieoczekiwana klientka. Z resztą, wiesz jak on jest, nie potrafi odmawiać.
Ojcu wcale nie brakowało asertywności i obie doskonale to wiedziałyśmy. Tak samo równie oczywiste było skąd brał się jego pracoholizm. Przebywanie w domu z paranoiczną żoną i córką, której zdarzał się zamiast 'tato' powiedzieć 'proszę pana', tylko dlatego, że praktycznie znała go mniej niż trzy miesiące, mogło załamać nie jednego człowieka. Rozumiałam go, w przeciwieństwie do mamy. Ona uwielbiała stwarzać pozory, na przestrzeni miesięcy stała się w tym prawdziwą mistrzynią. Jej córka wróciła do domu, wszystko pięknie i różowo, a to co wprowadzało czerń należało ignorować z całą stanowczością. Ile ludzi tyle sposobów na pogodzenie się z sytuacją. Nie w mojej roli to oceniać.
-Rozumiem. Przegapiłaś zjazd. Bo przegapiłaś, prawda? - Spojrzałam na nią ni to ze złością, ni to lękiem. - Powiedz, że nigdzie mnie nie wywozisz.
-Skoczymy tylko po mleko - w jej głosie pobrzmiewała skruszona nuta.
-Zaczekam w aucie.
-Heather, to tylko supermarket. Wejdziemy tam i kupimy mleko, to wszystko.
-Mamo!
Jej mina dobitnie świadczyła, że pozostanie nieugięta.
Może wyjaśnię w czym tkwi problem. Moja mama żyła w przekonaniu, że powinnam otworzyć się na ludzi. To raczej świadczy o niej dobrze. Z tym, że to całe otwieranie się na ludzi musiało mieć miejsce pod jej czujnym okiem. Nie mogłam tak po prostu wyjść sobie z domu i porozmawiać z przypadkowym przechodniem. Nie mogłam z dwóch powodów. Raz, mieszkałam pięć kilometrów od najbliższego śladu cywilizacji, swoją drogą genialny pomysł na stawianie jakiegokolwiek budynku w środku puszczy. Oraz dwa, po prostu miałam zakaz samodzielnego opuszczania naszej posesji, dla mojego własnego dobra oczywiście. Poza tym, jakby to jeszcze kogoś interesowało, absolutnie nie zależało mi na tym całym obcowaniu z ludźmi.
-Tylko mleko? - upewniłam się, by w razie jakichkolwiek komplikacji wyciągnąć to na swoją korzyść.
-Obiecuję. Przecież nie rzucam cię na głęboką wodę, chcę tylko żebyś choć trochę wróciła do normalności.
Nim jeszcze skończyła mówić, poznałam po jej postawie, że również zauważyła jak słabo to brzmi. Chciała dobrze, to oczywiste. Ale równie oczywiste było to, że miałam niewielkie szanse na normalność. Ludzie oglądali się za mną na każdym kroku, szeptali na mój temat, mniej delikatni wskazywali palcami. Jakbym była jakąś pieprzoną celebrytką. Szkoda tylko, że sławę zyskałam w taki sposób. Jakby jeszcze nikt nie zrozumiał, że okazywane mi zainteresowanie płynie tylko i wyłącznie z tego, że zrujnowano mi życie. Mi oraz moim najbliższym.
Chcąc to już mieć za sobą, jak cień przemknęłam między sklepowymi półkami w kierunku nabiału. Niczym talizman chwyciłam w obie ręce karton z mlekiem i niemal z oddechem ulgi ruszyłam do kasy. Cała operacja trwała może raptem trzy minuty i czułam się dumna, że poszło mi to tak sprawnie, a po drodze natknęłam się raptem na kilka par ciekawskich oczu. Jeszcze tylko przeprawa przez kolejkę przy kasie i będę wolna. To znaczy byłabym, gdyby nie to, że moja mama stała przy stoisku z cukierkami, w najlepsze z kimś plotkując. Przynajmniej z pozoru tak to wyglądało, a że przez nadmiar policjantów i psychologów w moim życiu stałam się szczególnie wyczulona na mowę ciała innych ludzi, szybko spostrzegłam, że rozmówcy mojej rodzicielki wykazują zdawkowy entuzjazm na to spotkanie, żeby nie powiedzieć, że zerowy.
-Heather - mama posłała mi nazbyt szeroki uśmiech. Najwyraźniej postanowiła udawać, że atmosfera nie stała się niemal grobowa, gdy tylko do nich dołączyłam.- To Monica i Jared Layne.
Pani Layne spojrzała na mnie zaszklonymi oczami, jednocześnie wyciągając z kieszeni czarnego płaszcza zmiętą chusteczkę. Chyba chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie otarła tylko nos drżącą ręką i bezradnie spojrzała na męża, który sprawiał wrażenie zdecydowanie bardziej opanowanego.
-Hmm, dzień dobry - to była najbardziej optymistyczna wersja powitania, na jaką mogłam się zdobyć. Mój mózg na przemian wysyłał komunikaty 'za dużo ludzi' i 'miałam tylko kupić mleko'.
-Heather, jak miło cię widzieć - pan Layne przełknął głośno ślinę i zlustrował mnie dokładnie. Ciężko stwierdzić, czy spodobało mu się to co zobaczył. Przychylałam się ku opcji, że raczej niekoniecznie. - Zmieniłaś się.
Te dwa proste słowa dosłownie mnie zmroziły. Nie miałam pojęcia co oznaczają. Jak długi okres czasu obejmują. Zmieniłam się od czasów przedszkola, szkoły średniej czy porwania? Tak wiele możliwości i żadnego sposobu by teraz uzyskać odpowiedź.
-Tak, no cóż. Być może - wzruszyłam ramionami, już dawno doszłam do wniosku, że gdy milczenie zawodzi, wymijająca odpowiedź ratuje.
Nie mogłam nic poradzić na moją zniszczoną pamięć. Mogłam za to nie robić z siebie sensacji i przynajmniej udawać, że mam pojęcie o czym mówią do mnie ludzie nieznajomi, których prawdopodobnie dobrze znałam.
-Obcięłaś włosy - pani Layne zrobiła gest jakby chciała ich dotknąć, jednak niemal na starcie z tego zrezygnowała.
Możliwe. Zrobiłam to ja, albo mój porywacz. Bo przecież jak miałam to pamiętać? Obudziłam się już z takimi, a nie innymi włosami. Później zaś ilekroć tylko odrosły, znów ścinałam je do tej samej długości. Nie byłam pewna dlaczego. Rick twierdził, że taką postawą dosłownie chciałam się odciąć od poprzedniego wizerunku. Tamta Heather przepadła bezpowrotnie, na jej miejsce wkroczyłam ja i starałam się to podkreślać na każdym kroku. Nie byłam i nigdy już nie będę taka sama jak przed zniknięciem. Moje włosy stanowiły na to namiastkowy dowód.
-Już dawno mówiłam jej, że powinna to zrobić - mama wtrąciła szybko, widząc, że opuszcza mnie reszta dobrej chęci do przebywania w tym miejscu. Tylko po co te kłamstwa. Jakby prawda za nic w świecie nie chciała przejść jej przez gardło. Osobiście wychodziłam z założenia, że jeśli nie ma się zamiaru powiedzieć prawdy, lepiej milczeć. Po prostu.
-Dobra decyzja - pan Layne pochwycił w lot o co chodzi.
No litości. W równoległej rzeczywistości siedziałam teraz w aucie mamy zamiast prowadzić tą bezsensowną wymianę zdań. Nie mogłam jednak powiedzieć tego głośno, więc w zamian liczyłam w duchu na cud. I nie do wiary! Cud się stał. Tak jakby.
-Jest i nasz Dean! Wobec tego powinniśmy się zbierać. - Monica słabo kryła ulgę, która przejawiła się nie tylko w jej głosie, lecz również oczach.
-Och, Dean! - To nie tak, że moja mama nie wychwyciła aluzji, ona po prostu wcale nie chciała jej wychwycić. - Ależ ty wyrosłeś! Jestem absolutnie pewna, że gdy widziałam cię po raz ostatni, byłeś jeszcze równy z ojcem. A tu proszę! Już go przerosłeś!
-Byłem tu raptem przed paroma miesiącami - Dean rzucił chłodno i z jakiegoś powodu wlepił we mnie baczne spojrzenie, niemal widziałam w tym geście wyzwanie.
Jeżeli oczekiwał jakiejś reakcji, to musiałam go srogo rozczarować. Dauczyłam się ignorować nawiązania do porwania. I jak ja pozostałam niewzruszona na jego słowa, tak cała reszta towarzystwa momentalnie zesztywniała.
-Rzeczywiście, że też o tym zapomniałam - mama zaśmiała się nerwowo i chyba w końcu zrozumiała, że najwyższa pora się zbierać. - W każdym razie, na nas już pora. Miło było was spotkać. Do zobaczenia!
Odpowiedzieli pomrukiem, co mogło oznaczać mniej więcej tyle, że raczej nie planowali ponownego spotkania w najbliższej przyszłości. Mama przez ułamek sekundy wyglądała jakby chciała coś jeszcze dodać, ostatecznie jednak zrezygnowała, za co pogratulowałam jej w duchu. Dalsze narzucanie się z pewnością nie było w dobrym tonie. Należy wiedzieć, kiedy odpuścić.
środa, 6 grudnia 2017
00. Gisele
Nowy York, 1995r.
Odkąd tylko pamiętam scena i błysk reflektorów stanowiły moje największe marzenie. I w tą Wigilijną noc mogłam śmiało powiedzieć, że zostało spełnione. Może i nie była to Carnegie Hall, ale serce i tak podchodziło mi do gardła z dumy wymieszanej z radością. Pierwszy raz od przybycia do Nowego Yorku zostałam zauważona, doceniona.
Palce bezbłędnie płynęły po klawiszach fortepianu, gdy tak przygrywałam świąteczne utwory w takt oklasków publiczności. Odświętne lampki nadawały wszystkiemu ciepłej, żółtej poświaty i przysięgam, momentami mogłam odnieść wrażenie, że to ja tak jaśnieję od nadmiaru emocji. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wśród widowni siedzi ktoś, kto bardzo dosadnie postara się by ta poświata zgasła od mroku. Nie miałam pojęcia, że wśród całej nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, czyjeś oczy obserwują mnie z większym zainteresowaniem niż wypada. Nie czułam na sobie dreszczy niepokoju, bo w tamtej chwili byłam zbyt pochłonięta swoim szczęściem. Nie docierał do mnie pierwotny niepokój, to tylko trema. Nie zauważyłam nic. Nic co mogłoby mnie zaalarmować.
Była cudowna Wigilia, a ja grałam lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Ten występ gwarantował mi wachlarz możliwości na przyszłość. Mogłam wybierać, przebierać. Ale najpierw, najpierw występ dobiegł końca. Burza oklasków i powrót do rzeczywistości. Nim noc przeminie, czekał mnie jeszcze powrót do hotelu. Zatłoczone ulice, ośnieżone chodniki, mróź i przemiły kierowca oferujący podwózkę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)