środa, 6 grudnia 2017

00. Gisele

Nowy York, 1995r.
Odkąd tylko pamiętam scena i błysk reflektorów stanowiły moje największe marzenie. I w tą Wigilijną noc mogłam śmiało powiedzieć, że zostało spełnione. Może i nie była to Carnegie Hall, ale serce i tak podchodziło mi do gardła z dumy wymieszanej z radością. Pierwszy raz od przybycia do Nowego Yorku zostałam zauważona, doceniona. 
Palce bezbłędnie płynęły po klawiszach fortepianu, gdy tak przygrywałam świąteczne utwory w takt oklasków publiczności. Odświętne lampki nadawały wszystkiemu ciepłej, żółtej poświaty i przysięgam, momentami mogłam odnieść wrażenie, że to ja tak jaśnieję od nadmiaru emocji. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wśród widowni siedzi ktoś, kto bardzo dosadnie postara się by ta poświata zgasła od mroku. Nie miałam pojęcia, że wśród całej nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, czyjeś oczy obserwują mnie z większym zainteresowaniem niż wypada. Nie czułam na sobie dreszczy niepokoju, bo w tamtej chwili byłam zbyt pochłonięta swoim szczęściem. Nie docierał do mnie pierwotny niepokój, to tylko trema. Nie zauważyłam nic. Nic co mogłoby mnie zaalarmować. 
Była cudowna Wigilia, a ja grałam lepiej niż kiedykolwiek w życiu. Ten występ gwarantował mi wachlarz możliwości na przyszłość. Mogłam wybierać, przebierać. Ale najpierw, najpierw występ dobiegł końca. Burza oklasków i powrót do rzeczywistości. Nim noc przeminie, czekał mnie jeszcze powrót do hotelu. Zatłoczone ulice, ośnieżone chodniki, mróź i przemiły kierowca oferujący podwózkę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz