niedziela, 21 stycznia 2018

03.

Nie zabiłem jej.
Nie zabiłem.
Sama spadła.
Przecież... przecież nawet jej nie tknąłem. Uciekała i spadła. Sama. To nie była moja wina. Nie, oczywiście, że nie moja. Obiecałem bronić i broniłem, a to... ten wypadek, ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności.. nie było w tym mojej winy.
Było ciemno, a ona zaczęła biec przez las. Musiałem ją zatrzymać, wyjaśnić, prosić o zrozumienie. Taki miałem plan. Taki i żaden inny. Krzyknąłem raz, potem drugi, chciałem, żeby się zatrzymała. To niebezpieczne!, powtarzałem wciąż i wciąż, ale nie słuchała. Biegła i nagle jej urwany wrzask zakończył wszystko. Grunt osunął się jej spod nóg, upadła i chaotycznie wymachując rękami próbowała się czegoś złapać. Daremnie. Spadła ze skarpy. Dobiegłem w momencie, gdy jej ciało wiotkie jak u lalki z głuchym hukiem zderzyło się z twardą nawierzchnią.
To nie ja ją zabiłem.
Stałem na szczycie i patrzyłem na martwe już ciało. Obiecałem bronić... i broniłem, przecież... obiecałem bronić. Obiecałem zrobić coś więcej. Miałem bronić, miałem ratować.
-Zabiłeś ją!
Nie. Nie zrobiłem tego. Ona sama się zabiła. Głupia dziewczyna uciekała nocą przez ciemny las. Jakby nie wiedziała, że to niebezpieczne. Jakby od najmłodszych lat nie była ostrzegana przed tymi zdradzieckimi lasami. Jakby chciała zrobić to celowo. Jakby chciała mnie zniszczyć. To wszystko jej wina. Powinna była się zatrzymać, kiedy prosiłem.
Obiecałem bronić, ale to nie ja zawiodłem, to jej głupota, tylko jej głupota...
Nie zabiłem jej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz