niedziela, 21 stycznia 2018

02. Heather

Gdy pierwszy raz od powrotu przekroczyłam próg domu, w pierwszej kolejności zostałam skierowana do swojego dawnego pokoju. Rodzice, wtedy jeszcze pełni wiary, liczyli, że tak bliskie mi kiedyś otoczenie, w tempie niemal natychmiastowym wyleczy mnie z amnezji. Czy w to wierzyłam? Cóż, przede wszystkim byłam skołowana i nie bardzo wiedziałam jakiej myśli w głowie mam się chwytać. Po drugie, wchodząc do pokoju, nie czułam absolutnie nic. Nie było błysku, olśnienia, szoku. Ot zwykła sypialnia z łóżkiem w centralnej części. Dla pozorów weszłam głębiej i z wolna zaczęłam się rozglądać. Regały z książkami jako pierwsze zwróciły moją uwagę. Przejechałam ręką po zakurzonych grzbietach kilku bestsellerów i gdzieś tam w środku zapaliła się we mnie iskierka nadziei. Pamiętałam niektóre tytuły, mniej więcej, choć w głównej mierze mniej, kojarzyłam przedstawione w nich historie. I to właściwie byłoby tyle. Żadnych wspomnień związanych z okolicznościami kupna czy chociażby miejsc odczytania. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałam na jakie sfery dzieli się pamięć i sam fakt, że w tej mojej popapranej mózgownicy cokolwiek zatrybiło uznałam za nielada sukces. Pełna nowej energii ruszyłam na dalszy przegląd pokoju i ku ogromnemu zaskoczeniu nie poczułam już nic. Lampki świąteczne zawieszone nad oknem, plik notatek rozrzucony na biurku, zablokowany laptop z nieznanym mi już pinem, garderoba pełna obcych ubrań. Z tamtego dnia chyba właśnie najbardziej kojarzę moment, w którym stanęłam przed rzędem wieszaków. Białe koszule wisiały nade mną jak plaga, a ja mogłam tylko na nie patrzeć i zastanawiać się kim właściwie była tamta dziewczyna. Nie kim byłam ja. Kim była dziewczyna, której stylu nie jestem teraz w stanie pojąć, której pokój wygląda jakby nic w nim nie pasowało, a jednocześnie jest dziwnie spójny w sposób, który tylko ona mogłaby wytłumaczyć. I dlaczego muszę na to wszystko patrzeć jak na muzeum pamiątek po zmarłej osobie. Wtedy też przysięgłam sobie, że więcej tego progu nie przekroczę. Ten pokój nie był mój. Te rzeczy nie należały do mnie. Tych ubrań nigdy bym na siebie nie założyła. A może tylko uparcie wmawiałam sobie te wszystkie rzeczy, bo tak było zdecydowanie łatwiej, niż przyznać się, że osoba, którą uważam za martwą wciąż we mnie tkwi i bardzo chciałaby się wydostać, a możliwości na to brak.
Tak czy inaczej, postawiłam na swoim. Jeszcze tego samego dnia przeniosłam się do sypialni gościnnej na parterze. Pokój był znacznie mniejszy i o wiele bardziej stonowany, taki mi odpowiadał. Nie chciałam niczego w nim zmieniać, udoskonalać, przyozdabiać. Nie chciałam szukać swojego stylu. I broń Boże nie chciałam by okazało się, że mój styl wcale tak bardzo nie różni się od stylu tamtej Heather. Buntowałam się w każdy znany mi sposób, jakby to miało mnie uchronić przed zatraceniem. Pragnęłam wierzyć, że ja to ja. Że moje życie jest tylko tym co mam teraz, tym co pamiętam. I w obrębie tych czterech ścian nawet mogłam w to wierzyć. Bo ilekroć opuszczałam tą z pozoru bezpieczną przystań, wokół mnie pojawiali się ludzie. Ich oczy zawsze wyrażały żal, ich słowa były kierowane do Niej, ich czułe gesty zdawały się pogwałcać moją prywatność. Wszystko to niszczyło mnie od środka. Nie chciałam tak żyć. Jednocześnie zaś bałam się odejść, nie wiedząc jako kto właściwie odchodzę.
I choć nie pragnę się wcale usprawiedliwiać, wyjaśniać swojej głupoty, właśnie to pchnęło mnie do tego co zrobiłam. Ledwie piętnaście minut wcześniej siedziałam po turecku na łóżku i w dwóch palcach obkręcałam żyletkę. Czułam w sobie opór przed kolejnym cięciem, a jednocześnie chęć zrobienia na złość. Komu? Nie miałam pojęcia. I kiedy tak patrzyłam na ten mały kawałek metalu, w jego odbiciu ujrzałam pojedycznczy błysk. A później kolejny. I jeszcze jeden. Uniosłam głowę, pewna, że to zmęczone oczy płatają mi figle i wtedy też, ponownie zostałam oślepiona. Zielone światło przechodziło przez okno, swój początek znajdując o wiele dalej, w gęstwinie drzew otaczających posesję. Ktokolwiek je wysyłał, robił to z premedytacją. Z racjonalnego punktu widzenia powinnam była zostać na miejscu, w łóżku, w pokoju, w domu, w bezpiecznym miejscu. Nie odczułam żadnego olśnienia, sygnał świetlny nie wywołał w mojej głowie lawiny wspomnień, a jednak czułam, że muszę to sprawdzić. Odruchowo wstałam i rozejrzałam się za czymś ciepłym do okrycia, jakbym robiła to wielokrotnie wcześniej. I prawdopodobnie tak właśnie było, choć nie oznaczało to wcale, że mogłam odetchnąć z ulgą. Równie dobrze to mój porywacz perfekcyjnie znał moje przyzwyczajenia.
-Do reszty postradałaś zmysły - mruknęłam i wbrew temu co sama chciałam sobie uświadomić, otworzyłam okno. Przerzuciłam obie nogi przez parapet, a po chwili stałam już na mokrej od rosy trawie, przeklinając się w myślach już choćby za to, że w tej jakże heroicznej ucieczce z domu, zapomniałam o ubraniu butów. Cudownie, Heather. Jeśli ostatnim razem byłaś równie mądra, to nic dziwnego, że dałaś się złapać choćby podrzędnemu porywaczowi. Strateg i buntownik, to właśnie ja.
Zatrzymałam się przed kojcem. W pierwszym odruchu chciałam wypuścić psy, licząc, że w razie czego staną w mojej obronie. Szybko jednak porzuciłam ten pomysł. Zwierzęta były oddane i dobrze wytresowane, mimo to czułam przed nimi lęk. Każdy z nich trafił do nas po przejściach, zostały uratowane i otoczone opieką. Żywiły ogromną wdzięczność do moich rodziców i nie śmiem wątpić, że niegdyś żywiły ją również do mnie. Tymczasem mój strach tylko potęgował ich wewnętrzny niepokój, były niespokojne i skore do walki. A przynajmniej te z nich, które w kojcu rzeczywiście się znajdowały, bo tak się złożyło, że z czterech psów, zostały tylko trzy. Nie musiałam im się przyglądać by wiedzieć, który uciekł. Tata wspomniał kiedyś, że psy dostosowują się charakterem do właściciela. Jeśli wierzyć jego słowom osobiście wytresowałam Lune, która w krótkim czasie swą niezłomnością stała się pewnego rodzaju alfą w naszym domowym stadzie. Od mojego zniknięcia nie była posłuszna wobec nikogo, a jej nieobecność napawała mnie większym strachem niż teoretyczny porywacz. Mimo to, zdecydowałam się ruszyć dalej.
Teren wokół naszego domu był ogromny i tylko z trzech stron porządnie zabezpieczony. Czwarta część wtapiała się w las i to właśnie tam zmierzałam. Póki co drogę oświetlały mi kolorowe lampiony tworzące pewnego rodzaju ścieżkę po ogrodzie, jednak bez wątpienia światła nie starczy mi na długo. Gdy go zabraknie, pozostawało mi mieć nadzieję, że zielone światło ponownie zabłyśnie.
Nadzieja. Parsknęłam w duchu na samo to słowo.
-Musisz mieć nadzieję - matka powtarzała bez wytchnienia. - Któregoś dnia obudzisz się i wszystko wróci do normy. Spojrzysz na nas i w tym spojrzeniu będzie ciepło i miłość, które pamiętam.
Być może rzeczywiście w to wierzyła, lub po prostu, że tak to ujmę, miała nadzieję, że w to wierzy.
-To bez wątpienia dobre uczucie. Ludzie potrzebują wiary i nadzieja im jej dostarcza. Nie możesz się od tego odcinać, tylko dlatego, że teraz przechodzisz gorszy okres. - Rick pod tym aspektem niewiele różnił się od mojej rodzicielki.
-Gorszy okres? Jak możesz nazywać to w ten sposób? gorszy okres może przeżywać nastolatka, którą właśnie rzucił chłopak, a nie osoba po całkowitej utracie pamięci, bo tak się składa, że no cóż, nie doświadczyłam jeszcze tego lepszego okresu.
-Buntujesz się, to dobrze - udawał, że nie czuje wibrującej ode mnie złości. - Musisz doświadczać uczuć, w przeciwnym razie jak chcesz odnaleźć w sobie?
-Póki co czuję tylko, że nie jestem w miejscu, w którym powinnam się znaleźć, a wy szukacie nie tego co trzeba.
-Ach, tak? - Jedną z jego ulubionych metod było zadawanie pytań, by jak najdłużej słuchać moich przemyśleń. Miałam tego świadomość, co nie zmienia faktu, że nazbyt często dawałam się w to wciągnąć. Być może potrzebowałam wyrzucić z siebie myśli z góry nie pasujące do reszty. Szukałam gotowych zaprzeczeń dla swoich teorii, by resztę czasu spędzić w błogim spokoju.
-Tak. Nie zwrócono mi wolności, nie powinnam tu teraz siedzieć i snuć domysłów. Powinnam, powinnam...
Nie miałam pojęcia jak poprawnie skończyć to zdanie. Powinnam coś robić, tylko co. Powinnam gnić w zamknięciu? Powinnam walczyć? Powinnam nie żyć? A może coś jeszcze innego. Nie wiedziałam.
-Mimo to, teraz przede mną siedzisz. Nie sądzisz, że nigdy by do tego nie doszło, gdybyś w trakcie porwania nie miała w sobie głębokiej nadziei na ratunek?
-Ratunek nie nadszedł - przypomniałam z goryczą. - Sama sobie musiałam być ratunkiem i dobrze widzisz jak to się skończyło, jestem karykaturą dawnej Heather.
Jak niezliczoną ilość razy wcześniej, ponownie przeanalizowałam w głowie to co wiedziałam, a raczej dowiedziałam się o swoim porwaniu.
Z powodu, którego nie znał nikt prócz mnie, co teraz nie było ani trochę pomocne, nocą opuściłam dom. Może i dałoby się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć, gdybym chociaż w chwili zaginięcia znajdowała się na własnej posesji. Tymczasem przemierzyłam naprawdę spory odcinek drogi, dochodząc niemal do granicy miasteczka. A potem zniknęłam. Dokładnie na dwadzieścia siedem dni. Tak po prostu zapadłam się pod ziemię, po czym równie prosto się odnalazłam. Wybiegłam na drogę stanową i tylko cudem nie wpadłam pod koła rozpędzonego auta.
- Z zeznań państwa Glover wynika, że bardzo kurczowo trzymałaś się swojej wolności. Niemal nie powaliłaś pana Glovera, gdy ten próbował wsadzić cię do auta. Możesz mówić co chcesz, ale gdzieś tam w głębi doskonale wiesz, że bez nadziei nie byłoby cię tu teraz. Nie siedziałabyś przede mną i nie próbowała rozwikłać zagadki swojego zaginięcia.
Nim straciłam przytomność prócz krzyków, z moich ust nie wydobyło się zbyt wiele. Prosiłam by nie pozwolili mu mnie pojmać, błagałam by nie musieć tam wracać, twierdziłam, że wcale nie jestem Heather, wypierałam się tego z ogromną stanowczością. Następnym wydarzeniem, które pamiętałam już sama było przebudzenie w szpitalu i pustka w głowie. Lekarzom nie potrafiłam już podać swojego imienia, jakiekolwiek by ono nie było. Od tamtej pory uczyłam się swojego życia na nowo. Krok po kroku. Ból za bólem. Porażka za porażką. I z całą pewnością już dawno straciłam resztki nadziei na odzyskanie tego co utraciłam. Najgorsze jednak było to, że potrafiłam tak bardzo cierpieć za rzeczy, których przecież nie zachowałam w pamięci. Tak jakby mój cały smutek brał się z próżni i jakbym nie miała prawa czuć tego co w rzeczywistości czułam. Sądzę, że zasługiwała chociażby na to. Na odkrycie powodu, dlaczego tak bardzo muszę cierpieć każdego dnia.
Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Zamrugałam kilkakrotnie i daremnie próbowałam zorientować się, gdzie właściwie się znajduję. Zawędrowałam daleko od domu i mimo, że w dalszym ciągu znajdowałam się na terenie posesji, byłam zupełnie zagubiona. Zielone światło wbrew moim przypuszczeniom już się nie pojawiło. Stałam chwilę w miejscu, wciąż czekając. Skarpetki do reszty przemokły mi od wilgoci trawy, na całym ciele pojawiła się gęsia skórka, a dreszcz raz po raz rozchodził się od podstawy kręgosłupa. Był to najlepszy moment by wrócić do domu. Zamknąć się w pokoju i wyklinać swoją totalną głupotę. A jednak wciąż stałam pośrodku lasu zastanawiając się, w którą stronę najlepiej się teraz udać. Idąc na północ tylko bym się wróciła, wschód prowadził do głównej drogi do miasteczka, pozostałe dwa kierunki z całą pewnością również miały jakiś kres, lecz ja wiedziałam tylko tyle, że jeszcze długo wędrowałabym bez celu, tylko po to by ostatecznie znaleźć się w miejscu swojego zniknięcia.
-Grypa. Tyle udało ci się osiągnąć, serdeczne gratulacje - mówienie do siebie stało się pewnego rodzaju nieodłączną częścią mojego nowego życia. Samotność nadrabiałam krytykowaniem siebie w głos. Było w tym coś cholernie żałosnego i pociesznego w jednym.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa zawracać. Gdzieś w niedalekiej odległości trzasnęła gałąź i z całą stanowczością nie była to moja zasługa. Zamarłam, spłyciłam oddech do minimum i zaczęłam nasłuchiwać. Nie czułam strachu, już prędzej niezdrowe podniecenie. Jeśli to tylko wiatr czy leśne zwierze, nic mi nie groziło. Jeśli zaś nieprawdopodobnym wręcz trafem miałam natknąć się na mojego oprawcę, w pierwszej kolejności chciałam poznać prawdę. Zapytać czy, gdy zaszedł mnie poprzednim razem, panikowałam i prosiłam o łaskę, a może byłam równie spokojna co teraz.
-No dalej, na co czekasz? - krzyknęłam w ciemność. telepiąc się z niecierpliwości.
Tak bardzo chciałam ujrzeć twarz człowieka, który zrujnował mi życie. I chciałam by on również mnie zobaczył. Teraz. Z bliska. Żeby uświadomił sobie co ze mną zrobił, jak jego działania stworzyły karykaturę dawnej osoby. A potem, potem jeśli zostałoby mi trochę psychicznej siły, być może poprosiłabym go o skończenie dzieła. Skoro zaczął, równie dobrze mógł skończyć. Niech ma w sobie na tyle honoru by zrobić to patrząc mi w oczy.
-No dalej - powtórzyłam o wiele ciszej, wściekła, że do mojego głosu wkradła się załamana nuta.
Odwróciłam się na pięcie, gotowa ruszyć w stronę, z której dobiegł dźwięk i wtedy ktoś pchnął mnie na najbliższe drzewo.
-Ile wiesz? - zasapany głos dotarł wprost do mojego ucha.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz