Oto fakt, którego w swoim nowym życiu byłam absolutnie pewna:
Moja matka świetnie radziła sobie na sali operacyjnej, ale obowiązki gospodyni domowej szły jej bardzo opornie.
Odkąd wróciłam przebywała na urlopie i niestety nie spieszyło jej się by wrócić do pracy. Nie chodzi o to, że byłam wyrodną córką i chciałam się jej pozbyć z domu. Nie. Po prostu nawet ja, nie znając jej zbyt dobrze, widziałam jak bardzo się męczy udając przykładną panią domu. Gotowała gorzej niż koszmarnie, a nie brak było w niej urażonej dumy by próbować wciąż na nowo i na nowo. Z reguły kończyło się na tym, że cała zawartość garnków lądowała w koszu. O tym jak kiepsko jej szło świadczył również fakt, że psy unikały swoich misek ilekroć było w nich coś z maminej kuchni, a zapewniam, że te stwory jadały o wiele gorsze z nazwy rzeczy i wcale nie wybrzydzały.
Jeśli wystarczająco dobitnie nakreśliłam sytuację, nie muszę chyba nawet dodawać jak bardzo się męczyłam, siedząc przy kuchennym blacie nad miską płatków śniadaniowych. Czy raczej czegoś co tymi ów płatkami było tylko z nazwy. Inaczej ciężko było mi nazwać tą brązową maź z mlekiem na brzegach.
-Każdego dnia zadziwiasz mnie coraz bardziej - przyznałam jej z odpowiednim do tego podziwem. Albo raczej próbowałam, żeby tak właśnie to zabrzmiało, niestety przez nocną wędrówkę moje gardło odmówiło posłuszeństwa i brzmiałam raczej jak zepsuty robot. - Nie mam pojęcia jak udało ci się zepsuć tak podstawowe jedzenie, no i mleko, przy którego zakupie musiałam się tak okropnie namęczyć.
-Przesadzasz, nie może być aż tak źle. Skupmy się może lepiej na tym, jakim cudem zachorowałaś, siedząc cały czas w domu.
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. Coraz bardziej zaczynałam żałować, że w ogóle wyszłam tego poranka z pokoju i że musiałam jak gdyby nigdy nic uczestniczyć w tej rozmowie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało i to bynajmniej nie z powodu gorączki. - Może za długo stałam pod nawiewem klimatyzacji.
-Bardzo zabawne, zważywszy na fakt, że mamy koniec listopada i raczej nie używamy klimatyzacji.
-Wobec tego nie mam już nic na swoją obronę.
Mama zaczęła się krzątać po całym pomieszczeniu, kolejno otwierając każdą szafkę. Pamiętała niemal każdą istotną rzecz z dziedziny medycyny, a do tej pory nie mogła spamiętać zawartości swojej własnej kuchni. Było to naprawdę zadziwiające.
-Czego szukasz? - nie żeby rzeczywiście mnie to interesowało, jednak byłam na tyle aspołeczna, że siedzenie z drugim człowiekiem w całkowitej ciszy wprowadzało mnie w większe przerażenie niż na siłę podtrzymywana rozmowa.
-Czegoś na twoje gardło, Kwiatuszku. Nie mogę słuchać tego głosu Goluma z Władcy Pierścieni.
Uwielbiała nazywać mnie Kwiatuszkiem. Za każdym razem, gdy to robiła uśmiechała się leciutko ni to z nostalgią ni to z czułością, po czym automatycznie wracała do swojej typowej surowej postawy, jak gdyby nigdy nic.
-Mamo...
Chciałam ją zapytać czy to prawda, że przez ostatnie miesiące z premedytacją mnie okłamywała. Wmawiała rzeczy bez pokrycia. Uczyła mnie o starym życiu, wycinając z niego wszystko co było niedogodne. Czy rzeczywiście nie mogłam mieć zaufania nawet do niej, choć była osobą, w której miłość nie byłabym w stanie wątpić, nawet mimo utraconych wspomnień. Naprawdę chciałam to zrobić, ale wpierw ona podniosła głowę uśmiechając się do mnie z rozbrajającą troską, potem przypomniałam sobie złożoną obietnicę, a jakby tego było mało, w tym właśnie momencie zadzwonił jej telefon.
-Poczekaj momencik, dobrze?
-Nigdzie się nie wybieram - marny żart, który powtarzałam za każdym razem i który nie bawił nikogo prócz mnie.
Mama pokręciła głową z dezaprobatą i wyszła odebrać do drugiego pomieszczenia. Zostając sama, zaczęłam jeszcze raz analizować wszystko co wydarzyło się w nocy, tak jakbym po powrocie do domu nie robiła tego do samego ranka. Złapałam się za wciąż obolałe ramię, przypominając sobie jak zostałam pchnięta na drzewo.
-Ile wiesz? - znałam ten głos i początkowo mocno zbiło mnie to z tropu. Rzadko się zdarzało, żebym coś znała. Wobec tego nie od razu skupiłam się na samym dopasowaniu głosu do właściciela, a własnie mojemu zdumieniu, że ów głos w ogóle pamiętam.
I nim zdążyłam zareagować mój oprawca leżał na ziemi, przygniatany przez wściekle warczącego psa. Psa również znałam, bo tak się składało, że należał do mnie i nieco wcześniej zarejestrowałam jego ucieczkę z kojca.
-Odwołaj ją! Odwołaj Lunę!
Kolejna niespodzianka, nie tylko ja znałam psa. Ale też nie zamierzałam zbyt długo się na tym skupiać, bo istotniejszy był fakt, że za moment mógł leżeć przede mną trup, a ja miałam do niego kilka pytań.
-Odwołaj ją do cholery!
-Luna dość! Spokój! - Zero reakcji, tego akurat mogłam się spodziewać. - Luna do nogi!
-Cudownie ci idzie, ale mogłabyś się nieco streszczać?
Ironia w jego głosie gwałtownie mnie otrzeźwiła. Byłam zła, nawet bardzo. A razem ze złością rosło we mnie przekonanie, że przez swój strach i niepewność nie pozwolę zabić człowieka na swojej posesji. Tym bardziej mając już pewność kim ten człowiek jest. Inna kwestia po jaką cholerę tu przyszedł.
-Luna, spokój! - Mój głos jeszcze nigdy w stosunku do niej nie był taki władczy i pewny. Cofnęła się nieufnie. - Zostań.
-A jednak sobie poradzi...
-Co ty sobie do diabła wyobrażasz?! - zaatakowałam go nim jeszcze zdążył wstać i słowo daję, że w oczach Luny mignęła niesprawiedliwość. - Pomijając to, że mogłeś zostać rozszarpany przez mojego psa, albo nawet przez wszystkie cztery psy, gdyby akurat latały wolno, czy choć przez chwilę pomyślałeś o tym, że możemy zawiadomić policję?! I kim ty w ogóle jesteś? Co tu robisz? I... i...
-Dobrze, zrozumiałem, mój błąd! - uniósł ręce jakby poddając się pod tym strumieniem pytań. - Ale Heather, musiałem. Musiałem cię zobaczyć i przekonać się czy to co mówią to prawda.
Zamrugałam kilkakrotnie, by pozbyć się łez, które nieproszenie pojawiły się w kącikach moich oczu. Bardzo nie podobał mi się przebieg tej rozmowy, ale jeszcze bardziej zależało mi na uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie powstałe pytania.
-I jakie wnioski?
-Przyszłaś, gdy tylko wysłałem ci sygnał laserem. Przez moment, wydawało mi się, że oni wszyscy się mylą - potrząsnął z niedowierzeniem głową. - Ale teraz widzę, że to ja się pomyliłem. Przynajmniej połowicznie.
-To nie wyjaśnia, co tutaj robisz.
Dean westchnął głośno i rozejrzał się dookoła. Sprawiał wrażenie osoby, która intensywnie się nad czymś zastanawia. Nie chciałam go popędzać, ale coraz bardziej marzłam w stopy. Łatwo było o tym zapomnieć w przypływie adrenalinie, lecz teraz zaczynałam się niepokoić, że moje małe palce u stóp mogą tego nie przeżyć. Noce w Laramie potrafiły być naprawdę zimne.
-Możemy przejść w jakieś inne miejsce? Nie do domu rzecz jasna - dodał pospiesznie. - Altanka we wschodniej części posesji byłaby w sam raz lub jeśli wolisz to domek na drzewie, będzie bliżej.
Przyznaję, w pierwszej chwili poczułam się mocno zaniepokojona. Patrząc na to moimi oczami, ktoś zupełnie obcy świetnie orientował się w rozkładzie terenu wokół mojego domu. Domyślałam się jednak prawdy. Ten nieznajomy kilka miesięcy temu mógł być moim przyjacielem, bądź chociaż znajomym. Często tutaj przychodził, mieliśmy swoje zwyczaje i on o tym pamięta. W przeciwieństwie do mnie. Miejsc nie wybrał przypadkowo. Liczył, że w międzyczasie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, coś sobie przypomnę. Będzie uważnie mnie obserwować, szukać we mnie kogoś kogo już dawno nie ma. I ta nowo odkryta wiedza wcale mu się nie spodoba.
-Wolałabym nie - odparłam najbardziej neutralnym tonem na jaki było mnie stać.
-Proszę cię, Heather. Ja też próbuję zrozumieć kilka rzeczy, a tylko ty możesz mi w tym pomóc.
-Nie mam jak ci pomóc - bezradnie pokręciłam głową. - Jesteś tu, bo chciałeś sprawdzić czy pogłoski na mój temat są prawdziwe. I uzyskałeś odpowiedź. Nic nie pamiętam.
Panował mrok, ale i tak widziałam jak na jego twarzy tworzy się niezadowolony grymas. A po tym grymasie nastąpiła fala gniewu. To również przechodziłam. Nieliczni przyjaciele, którzy ponownie chcieli stać się częścią mojego życia, reagowali podobnie. Złościło ich, że nie mogę spamiętać istotnych według ich mniemania rzeczy. To tak jakby chcieli zawrzeć znajomość z kimś zupełnie obcym. Nazwiska, daty, miejsca. Te rzeczy nic mi nie mówiły. Nie miałam już z nimi wspólnych wspomnień. Bolało ich to tak samo jak mnie, a może nawet bardziej. Dlatego po jakimś czasie odmówiłam dalszych spotkań. Nie chciałam ranić więcej ludzi niż to konieczne.
Jednakże gniew, który pojawił się w oczach Deana był inny. Ostrzejszy. Jego żal zdawał się sięgać dalej niż moja osoba.
-Nie! - głos matki wyrwał mnie z zamyśleń. - Nie pozwalam! Ma być tak jak się umawialiśmy, nie zniszczysz tego wszystkiego tylko dlatego, że... - wstałam z krzesła i podeszłam bliżej jej gabinetu. Nie, żebym pochwalała podsłuchiwanie, ale coś mi mówiło, że jestem głównym tematem toczonej dyskusji i nie rozumiałam dlaczego zostałam z niej wykluczona. - Nic mnie nie obchodzi, że śledztwo stoi w miejscu. Być może sprawa was przerasta, ale to nie upoważnia was do niszczenia jej życia i wywlekania na wierzch rzeczy, które teraz nie mają dla niej żadnego znaczenia... - zrobiłam jeszcze jeden ostrożny krok w przód. Czułam jak serce podchodzi mi do samego gardła i bardzo, ale to bardzo nie chciałam, żeby mama kontynuowała, bo już wiedziałam co usłyszę. - ...waszym zadaniem jest znaleźć porywacza Heather, póki macie tylko poszlaki, że to łączy się ze sprawą Angie, nie życzę sobie...
Przestałam słuchać. Bezmyślnie ruszyłam w stronę swojego pokoju, cały czas nie chcąc zrozumieć. Pierwszy raz nie chcąc wiedzieć. I mogłam sobie wmawiać, że rozmowa matki nie ma żadnego znaczenia, jednak w głowie wciąż huczały mi słowa Deana. Wciąż widziałam jego przepełnioną bólem twarz.
-W porządku - warknął kryjąc ból w złości.- Więc wytłumacz mi to tutaj, teraz. Wytłumacz mi co było na tyle ważne byście tamtej nocy pałętały się po lesie? Przecież wiem, że robiłyście to tylko w szczególnych przypadkach! - Chciałam mu przerwać i ponownie uświadomić, że nie mam pojęcia o czym mówi, bo tak się składa, że moja pamięć nie sięga do tamtych wydarzeń, ale on stanowczo mi na to nie pozwolił. - Co jeśli ta twoja amnezja to tylko wymówka? Bo łatwiej jest wmówić sobie i innym, że przeszłość nie istnieje. Nie chcesz brać na siebie odpowiedzialności za tamtą noc, ponieważ wiesz, że to właśnie ty wyciągnęłaś Angie z domu i to twoja wina, że ona...
-Nie! - Tym razem nie mogłam pozwolić mówić mu dalej. Byłabym głupia, gdybym nie domyśliła się jak ma zamiar dokończyć swoją tyradę. Byłam głupia, bo tutaj przyszłam, od tego powinnam zacząć. - Nie mam pojęcia kim jest Angie, nie mam pojęcia kim ty jesteś, i wiesz co? Tak się składa, że nie mam pojęcia kim ja jestem!
A teraz... a teraz to wszystko nabrało nowego znaczenia. Nie miałam pojęcia kim jest Angie, choć prawdopodobnie byłam jej to stokrotnie winna. Nie miałam pojęcia jaką rolę odgrywa w tym jej brat. W szczególności zaś nie miałam pojęcia kim jestem ja, bo tak się złożyło, że moje życie zostało podyktowane przez ludzi, którzy od samego początku uparcie mnie okłamywali.
-Heather, znalazłam leki - mama wyrosła przede mną zanim zdążyłam otworzyć drzwi pokoju. Uśmiechała się jak gdyby nigdy nic i pierwszy raz pomyślałam, że może to wszystko co mi daje, również jest kłamstwem. Jej uczucia względem mnie mogą być kłamstwem.
-Wezmę je później.
-Nic ci nie jest? - przyłożyła mi odruchowo rękę do czoła, ale wątpiłam, żeby temperatura mojego ciała jakoś znacząco uległa zmianie.
-Jestem po prostu zmęczona, muszę się położyć.
-Na pewno? Możemy pojechać do doktora Binesa, jeśli czujesz się gorzej.
Wątpiłam, żeby lekarz prowadzący mój przypadek w tym wypadku się do czegoś nadał. A już szczególnie, że bardziej niż pewne on również od samego początku nie raczył mnie poinformować, że być może przyczyniłam się do śmierci przyjaciółki.
-Potrzebuję tylko snu, naprawdę. - Wyminęłam ją i w końcu weszłam do swojego pokoju.
Nie skłamałam tak bardzo. Potrzebowałam snu, ale o wiele bardziej potrzebowałam też prawdy. Tak się składało, że na chwilę obecną tylko jedna osoba była skora mi jej udzielić. Ta sama, która ze zrozumiałych już powodów od pierwszego spotkania wykazywała względem mnie dziwne połączenie przywiązania i nienawiści. Liczyłam, że w tym momencie to nie nienawiść będzie główną siłą napędzającą jego działania.
Oto kolejny fakt, którego w swoim życiu jestem absolutnie pewna:
Dowiem się co się stało tamtej nocy, bo już nie jestem tego winna jedynie sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz