Skłamałabym mówiąc, że moje życie nie uległo zmianie, gdy niespodziewanie pojawił się w nim Dean.
Nie chodzi o to, że nagle wszystko zaczęło przybierać idealny obrót, bo nie zaczęło. Na swój sposób zrobiło się nawet ciężej, bo nagle na moich barkach spoczęła świadomość czegoś okropnego i o wiele gorszego niż moja amnezja. Żyłam wraz z duchem dziewczyny, której nie pamiętałam, a którą niegdyś kochałam. Jej obecność bolała, a zarazem była tak prawdziwa, że za nic nie oddałabym tego bólu. Nie pozwoliłabym sobie drugi raz o tym zapomnieć. Choćby nie wiem co.
No i był jeszcze Dean. Jego obecność nie należała do prostych. Miewał wiele nastroi, naprawdę wiele. Czasami patrzył na mnie i w tym spojrzeniu nie mogłam dostrzec cienia sympatii. Odnosiłam wrażenie, że boli go moje istnienie. To, że ja to ja (a przynajmniej teoretycznie) i że być może, gdyby coś potoczyło się inaczej, gdyby ktoś podjął inną decyzję, na moim miejscu stałaby Angie. Wówczas spoglądałby na ślicznego rudzielca, o włosach w wiecznym nieładzie i uśmiechu permanentnie przyczepionym do ust. Spoglądałby na kogoś wesołego, pełnego pasji, zawsze gdy coś o niej opowiadał, nie mogło zabraknąć tego kluczowego słowa. Pasja.
Zamiast tego przed sobą miał cień człowieka. Dziewczynę zagubioną we własnej tożsamości. Kogoś o wiele mniej żywego, niż wspomnienia o martwej siostrze. I choć w tych momentach naprawdę szczerze żałowałam, że takie a nie inne decyzje pozostawiły na tym świecie właśnie mnie, jednocześnie czułam, że zaczynam być. Zaczynam istnieć. W ciągu dnia nie myślę tylko o tym jakie kreskówki obejrzę i czy zrobię to w salonie czy w zaciszu swojego pokoju. Nie zamykam się w sobie przy książce, marząc by stać się jedną z bohaterek przedstawianych historii. Nie boję się stanąć przed lustrem. Zamiast tego czuję, że mam jakiś cel. Niekoniecznie pokładam w nim nadzieje, ale wiem, że go mam i trzymam się tego uparcie.
Telefon, który jeszcze do niedawna służył mi tylko jako rzadko używana ozdoba, w końcu zaczyna być moim niezbędnikiem. I nawet ta głupia świadomość, sprawia, że czuję się nieco bardziej jak każda inna normalna nastolatka. Już nie tylko smsuje z tatem, który prosi bym podgrzała mu kolacje, bo wie, że jak zwykle się spóźni. Ani z mamą, która się martwi, że w ciągu dnia za długo siedzę w ogrodzie i sprawdza, czy aby na pewno nic mi nie jest. Gdyby tylko wiedziała, że nocy nie spędzam w swoim łóżku, a w domku na drzewie, słuchając kolejnych historii na dobranoc, chybaby zeszła na zawał.
Brzmi całkiem nieźle jakby wziąć pod uwagę moje życie w ostatnich kilku miesiącach. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie fakt, że czasami wiąże się to z mało przyjemnymi konsekwencjami. Przede wszystkim Dean i wszystko co się z nim wiąże, muszą pozostać tajemnicą. W innym wypadku moi rodzice zrobiliby wszystko by uniemożliwić mi z nim kontakt, a to znacznie utrudniłoby sprawę. Również Rick pozostaje nieświadomy, a utrzymanie w sekrecie czegokolwiek przed psychologiem naprawdę graniczy z cudem. Nic jednak nie mogę poradzić, że brak tajemnicy lekarskiej stanowi jednocześnie brak zaufania. Wcześniej mi to nie przeszkadzało, ale jednak musi być jakiś powód, dlaczego do tej pory rodzice wraz z policją i psychologiem postanowili trzymać mnie w niewiedzy. W końcu jeśli chcieli znaleźć nie tylko porywacza, ale i zabójcę, połowicznie zabrali sobie jednego świadka. Z amnezją czy bez, ale jednak. Nie dostałam szansy. Nie dostałam prawdy.
Druga sprawa, nie mniej trudna, działanie na własną rękę wymagało czasami robienia rzeczy, których w innych okolicznościach z całą pewnością robić bym nie chciała.
-Czy to na pewno konieczne? - zapytałam, gdy tylko Dean przedstawił mi swój nowy plan. - Już tam byłam i gwarantuję, że rodzice postarali się o zatarcie wszystkich śladów.
-Wtedy nie wiedziałaś czego szukasz - uparcie stał przy swoim.
-Teraz też nie wiem.
-Heather, twoi rodzice na pewno o czymś zapomnieli, albo coś przeoczyli. Bóg jeden wie ile miałaś skrytek w swoim pokoju, o których nikt nie wiedział.
-Celna uwaga. Bo jak może zapomniałeś, ja również już nic o nich nie wiem.
Mimo całkiem sensownych argumentów, nie wygrałam. I serio, to nie tak, że na siłę szukałam problemów. Po prostu mój dawny pokój stanowił idealny dowód jak bardzo nie byłam już sobą. Bolało mnie patrzenie na każdą jedną rzecz w nim zawartą, nie mówiąc już o dokładnym przeglądaniu jego zawartości. Ale chciałam poznać prawdę i tylko z tego względu odczekałam aż mama wyjedzie na zakupy (w tym stresującym momencie nie potrzebowałam serii stresujących pytań) i nim zdążyłam się rozmyślić wbiegłam po schodach na piętro, a następnie do końca korytarza pod drzwi swojej starej sypialni. Szybkim ruchem, nim zdążyłam się rozmyślić, złapałam za klamkę i już stałam pośrodku dawnego królestwa Heather.
Pachniało... mną. Nie zarejestrowałam tego ostatnim razem. Stanowiło to coś co jednocześnie pocieszało i próbowało mnie stąd wygonić. Byłam tu wcześniej. Tu spędzałam swój czas. Tu robiłam te wszystkie fajne rzeczy, które robią zwykłe nastolatki. I stąd pewnej nocy się wymknęłam, a odpowiedź dlaczego mogła znajdować się gdziekolwiek wśród moich dawnych rzeczy. Nie twierdzę, że pokusiłam się o oryginalność, gdy w pierwszej kolejności spojrzałam pod materac. Nie twierdzę również, że naprawdę spodziewałam się tam coś znaleźć. Mogłam to w sumie potraktować jako rozgrzewkę. Stolik nocny i biurko przeszukałam w następnej kolejności. Potrzebowałam czegoś co mogłoby mnie nakierować na właściwy trop. Zamiast tego znalazłam tylko stertę papierów, długopisy, pinezki, miętówki i kilka kolorowych piórek niewiadomego pochodzenia. Zerknęłam na regał z książkami, ale tą możliwość praktycznie od razu wykluczyłam. Miejsce było zbyt oklepane, nie zrobiłabym tego. Byłam pewna, że nie.
Heather lubiła ład. Ja lubię ład. Ale jednocześnie to nie mogło być nic prostego. Miejsce pasujące do reszty, niewyróżniające się, ale też nie specjalnie schowane. Bliskie i nieoczywiste.
-Gdybym była nastolatką chcącą coś ukryć, gdzie by to było? - Rozejrzałam się jeszcze raz po całym pokoju.
W głowie miałam pustkę. Szukanie rzeczy, które tak naprawdę mogły wcale nie istnieć, nic nie demotywowało bardziej. Usiadłam na podłodze opierając się o ramę łóżka, ręką bezwiednie jeżdżąc po puchowym dywanie. Ten pokój tłamsił moje ja, zmuszał do stania się nią. Kazał myśleć, tak jak zrobiłaby to ona i wpajał mi, że jeśli tego nie potrafię, to to tak jakbym nie potrafiła być sobą. Jakbym nigdy nie była Heather. Jakby można mi było wmówić każdą inną osobowość i nie robiło to żadnej różnicy. A to nieprawda. Gdzieś w środku czułam, że mam prawo tu być, bo to wszystko jest moje. Pieszczotliwie kolekcjonowałam te wszystkie rzeczy, dobierałam meble i kolor ścian. To ja powiesiłam na ścianach plakaty, nikt inny. Ja przyczepiłam nad biurkiem zdjęcia. Wszystko rzecz jasna musiało być idealnie proste, jak od linijki. Każdy plakat i każde zdjęcie, a przynajmniej część tych zdjęć. Przyjrzałam im się uważniej, bo z jakiegoś powodu niektóre zdawały się nie pasować do reszty. A kiedy już zwróciłam uwagę na ich krzywiznę, nadeszło pytanie, które powinnam zadać sobie już wcześniej. Dlaczego na wszystkich jestem tylko ja? Było kilka zdjęć z rodzicami, a na reszcie... tylko moja twarz. Wątpiłam by to samouwielbienie mnie do tego skłoniło i wątpiłam, żebym kiedykolwiek tak niedbale je przyczepiła. Świadomość, jak bardzo byłam oszukiwana przez rodziców, w końcu uderzyła mnie z pełną mocą. Miałam na to namacalne dowody.
Zrozumiałam również, że nie ma szans bym cokolwiek tutaj znalazła. Nawet jeśli wcześniej posiadałam jakąś niesamowicie genialną skrytkę, nie było szans by rodzice jej nie znaleźli. Z jakiegoś powodu bardzo zależało im na pozostawieniu części mojej przeszłości w tajemnicy. Pozostawienie więc śladów w tym konkretnym miejscu, byłoby z ich strony zwyczajną głupotą, bo nawet nie przeoczeniem. Zadali sobie zbyt wiele trudu w przystosowaniu mnie do tej nowej rzeczywistości, by coś tak oczywistego jak schowane dowody w moim pokoju, w którym jakby nie patrzeć pierwszoplanowo miałam ponownie zamieszkać, miały zniweczyć całość. To miejsce było już jedynie muzeum po martwej osobie. Splądrowanym muzeum. Zakłamanym. Dokładnie jak moje życie.
-Znalazłaś coś?
Dean nie zawracał sobie głowy czymś tak zbędnym jak powitanie czy zwyczajowe uprzejmości. Z jednej strony sprawiało to wrażenie, jakby żył w ciągłym pośpiechu, z drugiej jakby tylko ta jedna jedyna rzecz nadawała sens jego życiu. Żadna z tych opcji nie była dobra, ale też żadna jakoś szczególnie mi nie przeszkadzała. W takich momentach jak ten liczył się tylko fakt, że nie patrzy na mnie jak na wroga. Rzecz jasna nigdy nie robił tego celowo, ale jednak, za każdym razem, gdy tylko tracił czujność, widziałam to w jego oczach. Ten niemy krzyk dlaczego stoję przed nim właśnie ja. I tą radość, że mimo wszystko to chociaż ja. Naprawdę ciężko było mi ze świadomością, że jestem dla kogoś ważna, lecz niewystarczająco ważna by było to cokolwiek warte. Stanowiłam nagrodę pocieszenia, fajnie ją mieć, tylko co z tego, skoro nagroda główna przepadła i nic jej nie zastąpi.
-Nie szukałam tam, gdzie trzeba.
-To znaczy?
-Wybrałam do tego zły pokój.
Nie zrozumiał, albo też nie chciał zrozumieć. Patrzył na mnie z pytaniem wymalowanym na twarzy i czekał aż rozwinę myśl. Szczerze mówiąc, wolałabym tego uniknąć. Jakaś część mnie liczyła, że chłopak sam się domyśli co chcę mu przekazać i z góry okaże jakieś emocje, które pozwolą mi ocenić, na jak bardzo grząski grunt wchodzę.
-Dlaczego więc nie przeszukałaś tego właściwego pokoju?
-Bo nie znajduje się on w moim domu.
-Nie.
Szybka i stanowcza odpowiedź. Powinno mnie to zmusić do odpuszczenia tematu i być może, powrócenia do niego w przyszłości. Gdybym chciała wykazać się taktem i wyczuciem, tak właśnie bym zrobiła. Ale nie chciałam. Przeciwnie, poczułam się bardzo, ale to bardzo niesprawiedliwie.
-Zrobiłam co mi kazałeś, nie było to łatwe, ale wiedziałam, że muszę. - Wytknęłam mu, starając się opanować oburzenie. - Jeśli czujesz, że masz prawo stawiać przede mną wymagania, zacznij też coś od siebie dawać. Inaczej nasza współpraca nie ma sensu.
-Nic nie rozumiesz - pokręcił głową ze złością. - Wzmagasz ode mnie, żebym naruszył prywatność nieżyjącej siostry, a nawet nie masz podstaw twierdzić, że cokolwiek to da.
-Ona wiedziała. Musiała wiedzieć dlaczego wyciągam ją z domu w środku nocy.
-Policja już przeszukała jej pokój, myślisz, że gdyby coś tam znaleźli, nie powiedzieliby nam?
-Mój pokój też przeszukali! - Nie oni jedni z resztą, ale tego nie chciałam mówić na głos. - I wątpię, żeby tak naprawdę wiedzieli czego szukać.
Nie dało się nie zauważyć, że nasze role drastycznie się odwróciły. Ostatnim razem to on wyciągał szereg, o zgrozo, tych samych argumentów, a ja uparcie nie chciałam się zgodzić na wykonanie tego konkretnego kroku. Mogłam go zrozumieć, to co obecnie przeżywał, ja przeżywałam ostatnio. Al on się wtedy nie podał i j teraz też nie mogłam. Ta sprawa ciągnęła za sobą ból i niepewność, wyczerpywała i dręczyła. Budziła nadzieję. Jego na uzyskanie sprawiedliwości, moją na znalezienie tego skurwiela i dokończenie dzieła, bez znaczenia co miałoby to oznaczać. Czułam, że to co zaszło między mną a nim, zostało przerwane w kulminacyjnym momencie i teraz, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, oboje żyliśmy w zawieszeniu. Należało dać nam szansę to skończyć. Tym razem nie będzie mowy o zawahaniu. Nie będzie mowy o przypadku.
-Przypadek...
-Przypadek? - Zmiana tematu, nawet jeśli całkiem wygodna, wybiła Deana z rtmu.
-Tak. A co jeśli to wszystko było jednym wielkim wypadkiem? Co jeśli Angie wcale nie miała zginąć tamtej nocy?
-Ona niefortunnie zginęła, a ty zupełnie bez związku zaginęłaś w tym samym czasie i miejscu? Chyba żartujesz.
-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz